Przejdź do głównej zawartości

Fenomen 50 Twarzy Greya

Jak to zwykle bywa przy ekranizacjach - książki będące ich podstawą otrzymują nowe życie. Obecnie na kinowych ekranach gości druga część serii 50 odcieni szarości - Ciemniejsza strona Greya. W związku z tym, zaczęłam się zastanawiać nad genezą sukcesu magicznych i równie kontrowersyjnych książek E.L. James. W tym poście przedstawię Wam wyniki mojej głębokiej komplementacji.
Zacznijmy zatem od samego początku, czyli jak to się zaczęło? Otóż E.L. James (Erica Lena Mitchell) pewnego razu przeczytała Zmierzch. Była tak zachwycona sagą, że postanowiła napisać fan-fiction. I oto powstała powieść, która tak straszliwie namieszała, dodatkowo ilością sprzedanych sztuk przebijając nawet Harrego Pottera. I co jest w niej takiego, że chcemy ją czytać? O co chodzi? W czym tkwi cała magia?

Przypominam, że często słyszy się negatywne opinie recenzentów na temat całej serii. Epitety typu: literatura niskich lotów, powieść zbyt wulgarna i  bezpośrednia, ubogie słownictwo autorki, niedopracowanie redakcyjne, porno dla kur domowych etc. są całkiem często powtarzane. Sama z większością tych określeń jestem zmuszona się zgodzić. Przecież 50 twarzy Greya nie wnosi nic do naszej kultury, nie uczy niczego sensownego (mam na myśli brak głębszego przesłania). Oczywiście jest bezpośrednia i bywa wulgarna, ale to przecież erotyk, więc można się tego spodziewać, biorąc ją do ręki.
Jeśli chodzi o ubogie słownictwo, nie mam nic na jej obronę. Czytając, często kują w oczy powtórzenia tj. wzywanie św. Barnaby, czy przygryzanie wargi przez bohaterkę (nie można jakoś inaczej wyrazić fascynacji, podniecenia czy zwykłego zamyślenia?). Co chwilę mamy również do czynienia z wewnętrzną boginią narratorki, chociaż szczerze mówiąc ją nawet polubiłam. Choć niektórzy śmieją się, że jest to oznaka jakiegoś rodzaju rozdwojenia jaźni, mnie wydaje się lekko zabawnym i uroczym odzwierciedleniem kobiecych pragnień i odczuć. To taka metafora wewnętrznego konfliktu, który każdy z nas kiedyś przeżywał - tj. rozmowa diabełka z aniołkiem, kłótnia serca z rozumem. 
Wpadki redakcyjne też się zdarzały, a zwłaszcza część pierwsza wydaje się niedopracowana. Ale kto by się spodziewał, że książka będzie aż tak popularna? Gdyby ktoś to przewidział, z pewnością zadbałby o dopracowanie tego aspektu. Niemniej jednak to nie może być usprawiedliwienie, ponieważ jak już się za coś zabieramy (i choćby miało to trafić zaledwie do kilku osób), należy to zrobić dobrze.
I ostatni, najbardziej popularny argument przeciw, który uważam za jednocześnie najbardziej obraźliwy i nie tylko w stosunku do autorki, ale również odbiorcy, to "porno dla kur domowych". Określenie czysto złośliwe i jak najbardziej nie na miejscu. Po pierwsze, nie tylko panie domu czytają 50 twarzy Greya. Ba! Nie tylko kobiety. Po drugie, nie rozumiem, co jest złego w powieściach erotycznych. Ja uważam, że są jak najbardziej na miejscu i bywają przydatne. Niektórym kobietom pomagają odkryć swoją seksualność, wzbogacić życie łóżkowe, rozbudowują wyobraźnię, podnoszą libido lub po prostu umilają czas, wywołując przyjemne wypieki na policzkach. Po trzecie, nie znoszę dyskryminacji czytelniczej. Według mnie każdy ma prawo lubić i czytać to, co ma ochotę i co sprawia mu przyjemność. Dla kogoś będą to wiersze, dla innej osoby klasyka literatury, a dla jeszcze innej romanse, czy kryminały. Nie musimy podzielać pasji innych, ale to nie powód by z tego powodu się wywyższać, czy innych krytykować. Chyba na tym polega tolerancja, prawda? Na akceptowaniu różnic u innych osób i tyczy się to każdego aspektu życia. Poza tym książki są często sprawą gustu, a o gustach przecież się nie dyskutuje.

W każdym razie, skoro historia Anastazji i Christiana ma tyle wad, dlaczego podbiła serca milionów czytelników na całym świecie? Przyjrzyjmy się fabule. Mamy skromną, młodą studentkę literatury oraz bogatego i niezwykle przystojnego, młodego właściciela korporacji, o nietypowych upodobaniach seksualnych z grupy sado - maso. Już od pierwszego spotkania między naszą parą iskrzy i po nieco skomplikowanych początkach, rozpoczyna się nasz gorący romans, pełen szczegółowo opisanych zbliżeń i doznań.
Spotykamy ziszczenie kobiecych marzeń o wspaniałym mężczyźnie, który zakochuje się w swojej wybrance bez pamięci. W pewien dziwny sposób zapewnia jej poczucie bezpieczeństwa i miłości, roztaczając przed nią nieco szalony, ale podniecający świat. Chciałybyście takiego? Ja, tak. Ok, Christian jest troszkę zbyt zaborczy i ma świra na punkcie kontroli, ale to przecież z miłości i w zasadzie jest nawet podniecające. W dodatku okazuje się, że ten z pozoru niezależny i twardy mężczyzna, gdzieś w głębi duszy jest wrażliwym, skrzywdzonym chłopczykiem, który najbardziej na świecie potrzebuje bezwarunkowej miłości. Której kobiety by to nie ruszyło?
I erotyczna część książki. Czy nie jest odzwierciedleniem wielu najbardziej skrywanych kobiecych fantazji. Czy nie chciałybyśmy być uwielbiane, mieć kochanka, który potrafi zapewnić nam różnorodność, wie co robi, a nasze potrzeby są dla niego priorytetem? Koktajl namiętności, pożądania i odrobiny troski. Troska brzmi dziwnie w kontekście tej książki? Możliwe, ale suma summarum Christian nie robi naszej Anastazji wielkiej krzywdy. Przecież swoimi działaniami bardziej ją pobudza, niż sprawia ból. Całą ciemną stronę tego wszystkiego mamy dopiero pod koniec pierwszej części, ale nie wcześniej. Wcześniej jest czysta przyjemność.
Tak więc mamy seksownego, bogatego i nieco skrzywionego (czyt. ciekawszego i bardziej fascynującego) faceta, który poza nami nie widzi nic. Jest obłędnym kochankiem, który wprowadza do naszego świata coś zupełnie nowego. W dodatku wiemy, że jesteśmy jednym lekarstwem na jego zranioną duszę. Jesteśmy mu potrzebne. Poza tym chcemy odkryć jego tajemnicę, czyli prawdę o tym, dlaczego jest jaki jest. I myślę, że tutaj zaklęta jest cała magia serii. Fenomen tej książki polega na tym, że historia trafia prosto w ukryte pragnienia i fantazje kobiet. Jest ziszczeniem marzeń o kochającym facecie, który aż elektryzuje seksapilem i może mieć każdą, a wybrał właśnie nas. Obrazuje gorący romans, naszpikowany problemami, ale my przecież uwielbiamy trudną miłość. Przełamuje również tabu o wyuzdanym, gorącym seksie. I przez te parę szczegółów czytamy tę powieść z zapartym tchem, ignorując poniekąd wszystkie jej wady.

Dobrze, ale co z mężczyznami, którzy również są czytelnikami E.L. James? Myślę, że najczęściej sięgają po tę książkę głównie z ciekawości. Gdybym była mężczyzną, chciałabym wiedzieć czym tak podniecają się kobiety, czego tak naprawdę pragną i oczekują od mężczyzny. Dodatkowo męska część czytelników może również szukać ciekawych inspiracji na zabawy łóżkowe i delikatnych instrukcji, jak postępować z kobietą, by w sypialni zadowoleni byli oboje. Poza tym pamiętajmy, że to jednak erotyk i jeśli ktoś ma odrobinę wyobraźni, może spędzić z tą książką dosyć ciekawe chwile.

Zgadzacie się ze mną, czy może macie inny pomysł na to, czemu 50 twarzy Greya zawdzięcza swój sukces?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

365 dni – „Ojciec Chrzestny i 50 Twarzy Greya w jednym” Czyżby?

Dziś nadszedł czas na recenzję "365 dni" autorstwa Blanki Lipińskiej.
Okładka wpadła mi w oko, w jednej z internetowych księgarni. Z ciekawości kliknęłam i przeczytałam opis, który wzbudził moje zainteresowanie. Postanowiłam zapoznać się z opiniami. Większość okazała się bardzo pozytywna. Zatem zaryzykowałam.
W moim czytelniczym umyśle zrodziły się wielkie nadzieje dotyczące tej pozycji. Szybko kończyłam czytaną książkę, by sięgnąć po „365 dni”. W końcu nadszedł upragniony moment i… No cóż, lekko się zawiodłam.
Spodziewałam się erotycznego romansu z ciekawą akcją w tle. Niby to dostałam. Niestety nie dotarłam do czytelniczego spełnienia, na jakie miałam nadzieje. Podejrzewam, że po prostu zbyt dużo oczekiwałam. Sądziłam, że cała historia mnie porwie, że poczuję magię i wzajemne przyciąganie pomiędzy bohaterami. A tymczasem zderzyłam się z rzeczywistością, która zapewniła mi niemałe rozczarowanie.
Podczas czytania tyle rzeczy kuło mnie w oczy, że aż trudno mi wybrać, co najb…

Bezbłędny thriller! - "Żmijowisko" Wojciecha Chmielarza

Kupiłam, bo słyszałam dużo dobrego. Ale jak to bywa, po drodze była cała kolejka książek do przeczytania, więc Żmijowisko musiało poczekać. Jak widać doczekało się i powiem jedno: To jeden z najlepszych thrillerów, jakie czytałam. Książka całkiem zasłużenie trafiła na listę bestsellerów serwisu Audioteka, Empiku i Magazynu Literackiego KSIĄŻKI , a przez Newsweek została uznana za jedną z najlepszych powieści na lato. Na rynku pełno jest pozycji, które możemy określić ledwie jako "kolejny romans", czy "kolejny kryminał". W tłumie innych książek nie wyróżniają się niczym szczególnym. Żmijowisko z pewnością do nich nie należy. Pierwszą rzeczą, która mi się spodobała, był sposób na opowiedzenie historii. Wojciech Chmielarz robi to w trzech ramach czasowych. Trzeba wiedzieć, że cała fabuła kręci się wokół zaginięcia młodej dziewczyny, Ady. Nastolatka znika podczas wakacyjnego wyjazdu. Autor dawkuje czytelnikowi całą opowieść w małych porcjach. Najpierw kawałek teraźniejszo…

Kłamiesz mnie. - Czy tylko mi rączki opadają?

Dziś trochę o popularnych błędach językowych. Na wstępie zaznaczę, że nie chcę tym postem nikogo obrazić, ani dyskryminować z powodu niepoprawności językowej. Zdaję sobie sprawę, że niektóre potknięcia związane są z niewiedzą. Bywa, że ja też nad niektórymi słowami/zwrotami muszę się chwilę zastanowić i także mnie zdarzają się potknięcia słowne, dlatego jestem daleka od rzucania kamieniem.Niemniej jednak pewne kwestie wzbudzają we mnie silne emocje i nimi właśnie jest przesycony tekst. Z góry za to przepraszam. W każdym razie moim zamiarem jest raczej zwrócenie uwagi na pewne niepokojące rzeczy i zachęcenie do dbania o język. Bo skoro mamy swój, którego nasi przodkowie tak zajadle bronili podczas zaborów, czy nie powinniśmy o niego dbać? Moja postawa jest bardzo patriotyczna, ale czy nie taka powinna właśnie być?