Prosta sprawa - Wojciech Chmielarz

Prosta sprawa powstała przy pierwszym koronawirusowym lockdownie. Wojciech Chmielarz chciał odrobinę poprawić dzień ludziom zamkniętym w domach, choć na kilka minut odwrócić ich uwagę od strachu i niepewności związanych z pandemią. Zaczął publikować powieść w odcinkach na swojej facebookowej stronie autorskiej. Na własnej skórze przekonałam się, że zadziałało bardziej niż dobrze. Szybko znalazłam się w licznym gronie osób, które codziennie czekały na godzinę plus minus siedemnastą, by przeczytać kolejny fragment Prostej sprawy. Myślę, że ze strony pana Chmielarza był to naprawdę miły gest. Poświęcał swój czas i myśli na tworzenie kolejnego tekstu, który udostępniał za darmo i robił to tylko po to, by ktoś zupełnie mu nieznany, choć przez chwilę poczuł się lepiej. Oczywiście nie był jedynym autorem, który podjął się podobnego projektu, niemniej nie umniejsza to jego zasług.

Na samym początku pan Wojciech wspominał o dłuższym opowiadaniu, przy lepszych wiatrach mini-powieści. Nie obiecywał, że projekt się powiedzie, bo zaczynał z prostym pomysłem i tylko tyle miał. Jak widzicie, wyszła z tego pełnometrażowa powieść, w dodatku nadzwyczaj dobra. Wszystkie wątki do siebie pasowały i znalazły całkiem spójne zakończenia, które potrafiły zaskoczyć. Choć Prosta sprawa pisana była „na gorąco”, mogłabym się założyć, że nieświadomy tego czytelnik, prawdopodobnie wcale się nie zorientuje. To jest właśnie oznaka prawdziwego talentu i doświadczenia. Bo napisać coś tak dobrego, tak szybko, wręcz na bieżąco, gdzie nie można już cofnąć się w tył i poprawić czegokolwiek, nie jest łatwo. Możecie mi wierzyć.

Ale o czym właściwie jest Prosta sprawa?

Pamiętajcie jeszcze klasyczne Westerny? Takie, gdzie do miasteczka przyjeżdża samotny kowboj i rozprawia się ze wszystkimi złymi? Ja całkiem dobrze i wiecie co? Dopóki nie przeczytałam Prostej sprawy, nawet nie wiedziałam, że tęsknię za podobnym motywem. Bo najnowsza książka Wojciecha Chmielarza jest jak Western, tylko w troszkę innym, odświeżonym wydaniu. Zamiast miasteczka na Dzikim Zachodzie mamy Jelenią Górę w Polsce. Reszta jest mniej więcej podobna. Bezimienny, tajemniczy bohater, który może nie jest aniołem, ale ma swoje zasady i honor, jest sprytny, spostrzegawczy, świetnie walczy i z jakiegoś powodu postanawia pomagać innym. Jest piękna kobieta, która pomaga bohaterowi. Są ci źli, czyli mafia. I są liczne potyczki typu bójki, strzelaniny. Te ostatnie szczególnie dobrze napisane.

Dla mnie Prosta sprawa to bezbłędna historia, szczególnie biorąc pod uwagę sposób, w jaki powstała. Główny bohater w moim mniemaniu jest jeszcze lepszy niż Jakub Mortka (wszystkich wiernych fanów komisarza przepraszam, ale po prostu takie mam odczucia i nic na to nie poradzę). Pokochałam jego analityczne opisy sytuacji i rozważania konsekwencji poszczególnych ruchów. Tutaj szczególnie pouczające były dla mnie sceny bójek, wybiegi taktyczne i opisy reakcji ciała na konkretne ciosy. Słowo daję, można robić notatki.

Na plus jest również narracja. Pierwszoosobowa, z perspektywy głównego bohatera oraz trzecioosobowa w reszcie powieści. Wszystko się ze sobą przeplata i daje bardzo przyjemny efekt.

Prostą sprawę przeczytałam drugi raz, tym razem w wersji papierowej, niespełna miesiąc po premierze. I wiecie co? Pomimo tego że znałam tę historię, wiedziałam jak się skończy, to i tak lektura sprawiła mi niesamowitą przyjemność. I to chyba coś znaczy, prawda?

Teraz z niecierpliwością będę wyglądać kontynuacji Prostej sprawy. Wierzę, że powstanie, ponieważ wskazuje na to zakończenie, a również sam autor wspominał o tym na swoim fanpage’u. Już raz pokazał, że potrafi dotrzymać słowa, więc teraz uzbrajam się w cierpliwość i spokojnie czekam. Myślę, że nie jestem w tym odosobniona.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Marginesy i serwisowi lubimyczytac.pl

Komentarze

Popular posts

5 sposobów na okładkę książki.

Dziś mam dla Was kilka propozycji na ciekawe obłożenie książek. 😄 Zacznijmy jednak od tego, po co właściwie się w to bawić.  1. W pierwszej kolejności pomyślmy o książce, po którą sięgamy szczególnie często. Macie taką? Jej fabryczna okładka zapewne jest już nieco powyginana, obdarta i wypłowiała, prawda? Patrząc na nią masz wrażenie, że za niedługo się rozpadnie albo jest na tyle nieestetyczna, że chowasz ją w najmniej widocznym miejscu, żeby nie szpeciła cennego księgozbioru. 2. Drugim przypadkiem, kiedy okładka na książkę może się przydać, jest nasza prywatność. Przecież nie zawsze masz ochotę, żeby wszyscy widzieli, co czytasz. Ma to zastosowanie w przypadku naszej biblioteczki oraz gdy zabierasz książkę do pociągu, czy autobusu. Uniknij ciekawskich, czy zbulwersowanych spojrzeń i daj sobie nieco przestrzeni. 3. Masz dzieci w wieku szkolnym? Chcesz, by ich podręczniki były zabezpieczone, a jednocześnie niepowtarzalne? Świetnie. Zafunduj im piękne, indywidualne o

W słońcu Dubaju. Agent Kelly. Tom 1 - Magoska-Suchar Monika

Najnowsza powieść Moniki Magoskiej-Suchar wpadła mi w oko jeszcze przed premierą. Opis zachęcał, obiecywał przygodę, oderwanie od rzeczywistości. Gdy tylko przyszła pora, książka „W słońcu Dubaju” przyjechała do mnie z popularnej księgarni internetowej , by przenieść mnie do świata pełnego przepychu, bogactwa i intryg. „W słońcu Dubaju” jest pierwszym tomem serii o agencie specjalnym Peterze Kelly. Peter aktualnie pracuje pod przykrywką jako ambasador Stanów Zjednoczonych w Emiratach Arabskich. Jego najważniejszym celem jest przejęcie tajnej broni o nazwie Promień. Gdy wpada na jego ślad, na swojej drodze spotyka piękną księżniczkę Safiję oraz jedną z najniebezpieczniejszych organizacji terrorystycznych. Ta misja przypominałaby zapewne setki poprzednich, gdyby nasz agent nie stracił głowy dla arabskiej piękności. Safija ma jeden cel, uciec przed całą gromadą licytujących się o jej rękę mężczyzn i zacząć nowe życie, w którym w końcu mogłaby decydować o sobie. Niespodziewanie nasi boha

Tylko martwi nie kłamią Katarzyna Bonda

Są książki, które wsysają czytelnika od pierwszej strony. Są takie, które robią to znacznie później i takie, które w ogóle takiego talentu nie posiadają. Oczywiście nie zależy to jedynie od powieści, ale również czytelnika i jego upodobań.  Tylko martwi nie kłamią Katarzyny Bondy wciągnęła mnie dopiero około 50 strony. Początek wymagał ode mnie samozaparcia. Strasznie go męczyłam, przechodząc po kilka, kilkanaście stron. Nawet mój mąż zauważył, że coś jest nie tak, gdy powieść zajmowała swoje honorowe miejsce "obecnie czytanej książki" już trzy dni, a zakładka między kartkami przesuwała się w ślimaczym tempie. Dla wyjaśnienia: książki, które wciągają mnie od razu, kończę w góra dwa dni. Summa summarum początek był niezwykle trudny. Nie wiem, czy chodzi o język, którym powieść została napisana, czy jakość wprowadzenia, a może moje osobiste samopoczucie spowodowane zmianą pogody. Naprawdę nie wiem. W każdym razie nie jestem przyzwyczajona do porzucania powieści na s