Zło w Cmentarnej Górze – Konrad Chęciński

Nieczęsto zaczynam recenzję od opisu wydawcy. Właściwie w 95% przypadków próbuję obejść się całkowicie bez niej, sama nakreślając zarys fabuły. Tym razem jednak wstawiam opis na samym początku, bo to właśnie on i okładka tej powieści sprawiły, że z przyprawiającej o zawrót głowy ilości książek w księgarni internetowej, zdecydowałam się właśnie na „Zło w Cmentarnej Górze”.

<<<Cmentarna Gór– niewielka wieś ukryta pośród lasów  nie cieszy się dobrą opinią. Zagadkowe zaginięcia, seria samobójstw, konflikty sięgające jeszcze czasów Żołnierzy Wyklętych, tajemniczy kult słowiańskiej pramatki… To tylko niektóre z niezwykłych wydarzeń, które miały tam miejsce.

Kiedy więc dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia do lokalnego komisariatu spływa zgłoszenie o zaginięciu starszego mieszkańca tej wsi, sprawą zajmuje się sam szef posterunku – podinspektor Nikifor Poradecki. Wkracza w sam środek zimowej zawieruchy. Nie wie jeszcze, że zaginięcie to dopiero początek, a niepozorna wieś skrywa wiele tajemnic… 

Czy wszystkie samobójstwa i zniknięcia to tylko nieszczęśliwe zbiegi okoliczności czy niekończąca się seria zbrodni doskonałych? Co wspólnego ma z tym wiejski głupek, lokalna piękność i tajemniczy kult, który rozwinął się pod nosem mieszkańców? Czy to możliwe, że Cmentarna Góra to siedlisko samego Diabła, który chodzi po niej nocą i zabija ludzi?>>>   Opis wydawcy.

Przeczytane? To teraz zerknijcie na zdjęcie, choć pewnie już i to macie odhaczone. Wzbudza ciekawość, prawda? A czy lektura satysfakcjonuje? – Proszę Państwa, i to jak!

„Zło w Cmentarnej Górze” to debiut Konrada Chęcińskiego, jak dla mnie udany. Powieść jest długa, ma 500 stron, ale broń Boże nie nudzi. Może na początku odrobinę nie potrafiłam złapać tej samej fali co autor, bo zdarzały mi się momenty, że musiałam przebrnąć przez fragment z dwa razy, by móc wyobrazić sobie to, co się dzieje lub to zrozumieć. Takie trochę inne flow, ale później, gdzieś po przekroczeniu półmetka, to wrażenie się zatarło.

Od samego prologu powieść wciąga, fascynuje, później jest już trochę spokojniej, bo podinspektor Nikifor Poradecki nie wkracza w sprawie zabójstwa, ale zaginięcia. Poznajemy go, mamy szansę polubić, a ciekawość powolutku w nas kiełkuje.

Sprawa nabiera tempa, pojawia się samobójstwo, atak na funkcjonariusza, a całe śledztwo obfituje w setki szczegółowych historii i plotek z okolicy, które niespodziewanie się łączą. Pomimo wielu danych, mi jako czytelnikowi do końca trudno było zgadnąć, kto w Cmentarnej Górze jest tym złym. Miałam swoje przypuszczenia, ale pojawiły się one dosyć późno.

Konrad Chęciński bardzo trafnie ujął ludzkie przywary, grzeszki, które zazwyczaj nie wychodzą na światło dzienne. Niektóre dialogi również zrobiły na mnie wrażenie, bo idealnie wpisywały się w charakter bohaterów, pasowały do nich jak ulał. Do tego wszystkiego główny bohater ujął mnie za serce. Tak nieidealny, ale pełen ideałów i dobrych chęci, które czasami nie wystarczają. Po prostu człowiek.

Miejsce akcji też jest doskonale dopasowane. Oto moi drodzy dostajemy się do dziury zabitej dechami, tam gdzie kończy się normalny świat, a zaczyna zupełnie inny, lokalny. Wieś na uboczu, tajemnicza i zapomniana. To jeden z elementów, który nadaje tej powieści silnie wyczuwalną atmosferę. Rzadko mi się zdarza, by to poczuć. Ostatni raz chyba przy "Lockdownie", dlatego jestem szalenie tym faktem zauroczona.

Cała historia kryminalna na początku wydaje się nierozwiązywalna, a na samym końcu okazuje prosta jak drut i tak oczywista, że aż wstyd. I czy nie właśnie taki powinien być dobry kryminał? Pewnie kwestia gustu, ale powieść „Zło w Cmentarnej Górze” pochłonęła mnie, stopniowo budząc zainteresowanie, by ostatecznie wciągnąć doszczętnie.

Polecam z całego serca, a jeśli macie chrapkę na więcej kryminałów, wpadajcie na TaniaKsiazka.pl

Komentarze

Popular posts

5 sposobów na okładkę książki.

Dziś mam dla Was kilka propozycji na ciekawe obłożenie książek. 😄 Zacznijmy jednak od tego, po co właściwie się w to bawić.  1. W pierwszej kolejności pomyślmy o książce, po którą sięgamy szczególnie często. Macie taką? Jej fabryczna okładka zapewne jest już nieco powyginana, obdarta i wypłowiała, prawda? Patrząc na nią masz wrażenie, że za niedługo się rozpadnie albo jest na tyle nieestetyczna, że chowasz ją w najmniej widocznym miejscu, żeby nie szpeciła cennego księgozbioru. 2. Drugim przypadkiem, kiedy okładka na książkę może się przydać, jest nasza prywatność. Przecież nie zawsze masz ochotę, żeby wszyscy widzieli, co czytasz. Ma to zastosowanie w przypadku naszej biblioteczki oraz gdy zabierasz książkę do pociągu, czy autobusu. Uniknij ciekawskich, czy zbulwersowanych spojrzeń i daj sobie nieco przestrzeni. 3. Masz dzieci w wieku szkolnym? Chcesz, by ich podręczniki były zabezpieczone, a jednocześnie niepowtarzalne? Świetnie. Zafunduj im piękne, indywidualne o

W słońcu Dubaju. Agent Kelly. Tom 1 - Magoska-Suchar Monika

Najnowsza powieść Moniki Magoskiej-Suchar wpadła mi w oko jeszcze przed premierą. Opis zachęcał, obiecywał przygodę, oderwanie od rzeczywistości. Gdy tylko przyszła pora, książka „W słońcu Dubaju” przyjechała do mnie z popularnej księgarni internetowej , by przenieść mnie do świata pełnego przepychu, bogactwa i intryg. „W słońcu Dubaju” jest pierwszym tomem serii o agencie specjalnym Peterze Kelly. Peter aktualnie pracuje pod przykrywką jako ambasador Stanów Zjednoczonych w Emiratach Arabskich. Jego najważniejszym celem jest przejęcie tajnej broni o nazwie Promień. Gdy wpada na jego ślad, na swojej drodze spotyka piękną księżniczkę Safiję oraz jedną z najniebezpieczniejszych organizacji terrorystycznych. Ta misja przypominałaby zapewne setki poprzednich, gdyby nasz agent nie stracił głowy dla arabskiej piękności. Safija ma jeden cel, uciec przed całą gromadą licytujących się o jej rękę mężczyzn i zacząć nowe życie, w którym w końcu mogłaby decydować o sobie. Niespodziewanie nasi boha

Tylko martwi nie kłamią Katarzyna Bonda

Są książki, które wsysają czytelnika od pierwszej strony. Są takie, które robią to znacznie później i takie, które w ogóle takiego talentu nie posiadają. Oczywiście nie zależy to jedynie od powieści, ale również czytelnika i jego upodobań.  Tylko martwi nie kłamią Katarzyny Bondy wciągnęła mnie dopiero około 50 strony. Początek wymagał ode mnie samozaparcia. Strasznie go męczyłam, przechodząc po kilka, kilkanaście stron. Nawet mój mąż zauważył, że coś jest nie tak, gdy powieść zajmowała swoje honorowe miejsce "obecnie czytanej książki" już trzy dni, a zakładka między kartkami przesuwała się w ślimaczym tempie. Dla wyjaśnienia: książki, które wciągają mnie od razu, kończę w góra dwa dni. Summa summarum początek był niezwykle trudny. Nie wiem, czy chodzi o język, którym powieść została napisana, czy jakość wprowadzenia, a może moje osobiste samopoczucie spowodowane zmianą pogody. Naprawdę nie wiem. W każdym razie nie jestem przyzwyczajona do porzucania powieści na s