Przejdź do głównej zawartości

Pierwsza vs. druga ciąża


Obecnie już 25 tygodni noszę pod sercem drugą córeczkę. Ostatnio naszła mnie pewna refleksja. Dotyczyła ona różnic pomiędzy aktualną, a poprzednią ciążą.

Podobno każda jest inna i każdą można przejść inaczej. Mam nadzieję, że to prawda, bo w przypadku Julci (obecnie 16 miesięcznej księżniczki), zakończenie nie było zbyt spokojne. Ale o tym może kiedy indziej. Póki co jest jednak dosyć podobnie.

Były poranne mdłości, które w istocie tylko tak się nazywają, bo realnie potrafią trwać cały dzień. U mnie objawiało się to trudnością w przyjmowaniu posiłków na pusty żołądek. Zwykle pierwsza partia lądowała w toalecie. Po takiej wizycie, reszta posiłku przebiegała już bezproblemowo, pod warunkiem że nie dopuszczałam do przejedzenia. W obecnej ciąży trwały nieco krócej, niż poprzednio. Wtedy męczyły mnie nawet w okolicach piątego miesiąca, doprowadzając do tego, że miałam dosyć życia. W obecnym przypadku skończyły się trochę po pierwszym trymestrze.

Później nastąpiła chwila przerwy i około 17-18 tygodnia pierwsze ruchy. Dla tych, które jeszcze nie wiedzą wyjaśnię, że najpierw jest to delikatne łaskotanie, później gdy dzieciątko podrośnie, zaczyna nieźle fikać, niekiedy powodując widoczne drgania brzucha, a pod koniec ciąży, z powodu braku miejsca, może się tylko rozpychać. W każdym razie mam wrażenie, że Kamilka (bo tak postanowiliśmy nazwać kolejną córeczkę) jest nieco bardziej ruchliwa, niż jej starsza siostra. W związku z tym zaczynamy się z mężem lekko bać, bo odkąd nabrała mobilności, jest naprawdę wszędzie i po prostu nie usiedzi w spokoju dłużej, niż 10 sekund. Jeśli jej młodsza siostrzyczka okaże się jeszcze bardziej żywotna, będzie naprawdę ciekawie.

W chwili obecnej jestem na etapie okropnej zgagi. Zdecydowanie gorszej niż poprzednio. W zasadzie dopóki nie zaznałam smaku stanu błogosławionego, nie wiedziałam czym jest to okropne zjawisko, gdy masz wrażenie, że kwas żołądkowy dosłownie podjeżdża ci do gardła… Moja rodzicielka twierdzi, że oznacza to owłosioną główkę u dziecka. Nie wiem ile jest prawdy w tym starowiejskim zabobonie. W przypadku Julci się sprawdziło, jak i wszystkich moich sióstr. Oczywiście według naukowego podejścia, jest to wyssane z palca. Oficjalnie zgagę powoduje rosnące dziecko, coraz bardziej rozpychające się w brzuchu i napierające na żołądek. Jednak jestem ciekawa, co Wy o tym myślicie. Napiszcie proszę w komentarzu, czy według was ta teoria może być prawdziwa. Czy zgaga, może mieć związek z owłosieniem noworodka? I przede wszystkim, jak rzecz się miała w waszym przypadku.

Dolegliwością, której nie uświadczyłam ostatnim razem, jest ból pleców. Właściwie nie tyle pleców, ile kręgosłupa, który odczuwam poniżej odcinka lędźwiowego, w okolicach pośladków. Pojawia się on zwykle, gdy przez przypadek przeciążę swój organizm. Zazwyczaj dzieje się to w soboty, które są moim oficjalnym dniem sprzątającym. Odkurzanie w pozycji póługiętej, mycie podłogi, schylanie się do mebli i szorowanie wanny nieźle potrafi dać w kość. Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że najrozsądniej będzie rozłożyć sobotnie obowiązki na dwa dni. Szczególnie, że po takim maratonie ledwo mogę podnieść się z kanapy… W dodatku wiek Julci nie pomaga. Co prawda, staram się podnosić ją jak najrzadziej, ale... Do samochodu podsadź, do wanny podsadź, do krzesełka do karmienia i na przewijak też… Nie ma zmiłuj. Sama nie podskoczy. Rosnący brzuch też nie pomaga. Przecież to dodatkowe kilogramy do noszenia…

Z każdym tygodniem czuję się bardziej ociężała, również przez nasilające się opuchnięcie. Jest dostrzegalne na całej mojej sylwetce (przynajmniej przeze mnie), ze szczególnym nasileniem w okolicy stóp, kostek i łydek. Z doświadczenie wiem, że to jeszcze nie koniec. Dojdzie pewnie do momentu, kiedy nie będę w stanie założyć innych butów, prócz adidasów, a za kapcie będą mi służyć gumowe klapki, chińskiej produkcji, w rozmiarze większym, niż noszę zazwyczaj. Najgorsze w tym całym zatrzymywaniu wody jest to, że będzie mi ono towarzyszyć, aż do momentu w którym zakończę karmienie piersią. Dosyć to nietypowe, ale cóż… widać takie geny.

Mam nadzieję, że na tym podobieństwa pod względem fizycznym się skończą. Jeśli nie, pojawi się nadciśnienie, a jeszcze później hipotrofia. Całe szczęście, nie wszystko musi się powielać. Łapię się tej nadziei, jak tonący brzytwy. Nie uśmiecha mi się ponowny pobyt w szpitalu na oddziale patologii ciąży i ciągła niepewność, czy wszystko będzie w porządku…

To tyle jeśli chodzi o sferę dolegliwości ciążowych. Pozwolę sobie na krótką analizę bardziej mentalnej strony bycia w ciąży. W pierwszym przypadku byłam bardziej ciekawa tego, co dzieje się ze mną i bobaskiem w mim brzuchu. Czytałam tygodniowe opracowania i śledziłam sposób w jaki rozwija się płód. Obecnie już się nad tym tak nie rozwodzę, ale mimo to mam wrażenie, że jestem bardziej świadoma tego, co się dzieje. Bardziej cieszy mnie każdy ruch Kamilki i sama świadomość, że jest. Poprzednio też odczuwałam radość, ale było tak, jakbym do końca nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Wszystko okryte było mgiełką surrealizmu. Jakby całe to noszenie działo się gdzieś obok.

Oczywiście wtedy byłam bardziej przejęta i wystraszona całą wizją porodu i późniejszej opieki nad bobaskiem. No bo przecież jak ja sobie miałam dać radę! Nawet nie wiedziałam, jak chwycić takie borajstwo. A co, jak niechcący zrobię mu krzywdę? – Takie myśli błąkały się pod moją rozwichrzoną czupryną. By choć trochę się uspokoić ruszyłam do Szkoły Rodzenia, o której dokładniej opowiem innym razem. Nieco się uspokoiłam, ale i tak nie do końca wyzbyłam się strachu. Nie ma się co dziwić. Większość ludzi boi się tego, co nieznane, więc po wszystkim sama siebie rozgrzeszyłam. Miałam prawo, tak jak każda pierworódka.

Teraz jestem zdecydowanie bardziej spokojna i zrelaksowana. Jakby nie było, już wiem z czym to wszystko jest związane, co się dzieje i co może się stać. Wiem, jak wygląda porodówka i jak zająć się bezbronnym, malutkim człowieczkiem, który przybędzie na ten świat.

Jako podsumowanie całego mojego wywodu, mogę zacytować słowa piosenki, którą śpiewała cudowna Anna Jantar:

„Najtrudniejszy pierwszy krok, zanim innych zrobisz sto.
Najtrudniejszy pierwszy gest, przy drugim już łatwiej jest.
Najtrudniejszy pierwszy krok, potem łatwo mija rok.
Najtrudniejszy pierwszy dzień, sam jutro przekonasz się."

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bezbłędny thriller! - "Żmijowisko" Wojciecha Chmielarza

Kupiłam, bo słyszałam dużo dobrego. Ale jak to bywa, po drodze była cała kolejka książek do przeczytania, więc Żmijowisko musiało poczekać. Jak widać doczekało się i powiem jedno: To jeden z najlepszych thrillerów, jakie czytałam. Książka całkiem zasłużenie trafiła na listę bestsellerów serwisu Audioteka, Empiku i Magazynu Literackiego KSIĄŻKI , a przez Newsweek została uznana za jedną z najlepszych powieści na lato. Na rynku pełno jest pozycji, które możemy określić ledwie jako "kolejny romans", czy "kolejny kryminał". W tłumie innych książek nie wyróżniają się niczym szczególnym. Żmijowisko z pewnością do nich nie należy. Pierwszą rzeczą, która mi się spodobała, był sposób na opowiedzenie historii. Wojciech Chmielarz robi to w trzech ramach czasowych. Trzeba wiedzieć, że cała fabuła kręci się wokół zaginięcia młodej dziewczyny, Ady. Nastolatka znika podczas wakacyjnego wyjazdu. Autor dawkuje czytelnikowi całą opowieść w małych porcjach. Najpierw kawałek teraźniej…

365 dni – „Ojciec Chrzestny i 50 Twarzy Greya w jednym” Czyżby?

Dziś nadszedł czas na recenzję "365 dni" autorstwa Blanki Lipińskiej.
Okładka wpadła mi w oko, w jednej z internetowych księgarni. Z ciekawości kliknęłam i przeczytałam opis, który wzbudził moje zainteresowanie. Postanowiłam zapoznać się z opiniami. Większość okazała się bardzo pozytywna. Zatem zaryzykowałam.
W moim czytelniczym umyśle zrodziły się wielkie nadzieje dotyczące tej pozycji. Szybko kończyłam czytaną książkę, by sięgnąć po „365 dni”. W końcu nadszedł upragniony moment i… No cóż, lekko się zawiodłam.
Spodziewałam się erotycznego romansu z ciekawą akcją w tle. Niby to dostałam. Niestety nie dotarłam do czytelniczego spełnienia, na jakie miałam nadzieje. Podejrzewam, że po prostu zbyt dużo oczekiwałam. Sądziłam, że cała historia mnie porwie, że poczuję magię i wzajemne przyciąganie pomiędzy bohaterami. A tymczasem zderzyłam się z rzeczywistością, która zapewniła mi niemałe rozczarowanie.
Podczas czytania tyle rzeczy kuło mnie w oczy, że aż trudno mi wybrać, co najb…

Kłamiesz mnie. - Czy tylko mi rączki opadają?

Dziś trochę o popularnych błędach językowych. Na wstępie zaznaczę, że nie chcę tym postem nikogo obrazić, ani dyskryminować z powodu niepoprawności językowej. Zdaję sobie sprawę, że niektóre potknięcia związane są z niewiedzą. Bywa, że ja też nad niektórymi słowami/zwrotami muszę się chwilę zastanowić i także mnie zdarzają się potknięcia słowne, dlatego jestem daleka od rzucania kamieniem.Niemniej jednak pewne kwestie wzbudzają we mnie silne emocje i nimi właśnie jest przesycony tekst. Z góry za to przepraszam. W każdym razie moim zamiarem jest raczej zwrócenie uwagi na pewne niepokojące rzeczy i zachęcenie do dbania o język. Bo skoro mamy swój, którego nasi przodkowie tak zajadle bronili podczas zaborów, czy nie powinniśmy o niego dbać? Moja postawa jest bardzo patriotyczna, ale czy nie taka powinna właśnie być?