Przejdź do głównej zawartości

Serce z kamienia - Katarzyna Misiołek


Depresja poporodowa zdarza się częściej niż nam się wydaje i częściej niż podają statystyki. To poważna choroba, która nieleczona może prowadzić nawet do prób samobójczych, czy targnięcia się na życie własnego dziecka. Sęk w tym, że jest to wstydliwa sprawa i kobiety boją się do niej przyznawać. Boją się łatek histeryczek i nieczułych potworów bez serca, bo przecież są matkami. Zostały do tego stworzone. Powinny dawać sobie radę z macierzyństwem i bezwarunkowo kochać swoje dzieci. Nawet jeśli hormony szleją i nie przespały porządnie ani jednej nocy od miesięcy, budzone co kilka godzin rozdzierającym płaczem. Powinny chodzić uśmiechnięte i szczęśliwe, bo przecież macierzyństwo jest takie cudowne... I owszem, sama jestem matką i jest to wspaniały stan. Nie ma nic piękniejszego od uśmiechu własnego dziecka na twój widok i świadomości, że przynajmniej przez kilka pierwszych lat jesteś najważniejszą osobą w jego życiu, ale pamiętajmy, że nie zawsze jest kolorowo.

Po drugim porodzie może nie rozwinęła się u mnie depresja, ale bejbi blues już tak. Miałam wszystkiego dość, czułam że nie daję rady, płakałam, wściekałam się na siebie i cały świat. Starałam się walczyć z dołującą mnie codziennością pełną płaczących dzieci oraz niekończących się obowiązków. Bywały momenty, że chciałam rzucić wszystko i uciec gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie. A później były wyrzuty sumienia, bo jestem złą matką, co tylko wszystko pogarszało. I czy z tego powodu jestem złą kobietą? Czy inne matki, które są w jeszcze gorszym stanie, zasługują na potępienie? Myślę, że odpowiedź można znaleźć w książce Katarzyny Misiołek Serce z kamienia.

Powieść jest napisana bardzo dobrze i przystępnieCała opowieść aż uderza realnością. Czytałam i w wielu momentach potrafiłam powiedzieć: ”O tak, znam to dobrze„.

Serce z kamienia opowiada historię Weroniki, matki czteroletnich bliźniaczek, która zachodzi w nieplanowaną ciążę. Bardzo trudno jest jej to zaakceptować. Choć córeczki już są duże, wymagają dużo opieki i uwagi, do tego nasza bohaterka prowadzi popularnego bloga i często musi toczyć walkę z nie zawsze życzliwą opinią publiczną, do tego dochodzi prowadzenie domu i mąż, który stroni od pomocy przy dzieciach i często wyjeżdża. Weronika zostawiona jest niejako sama sobie i jakoś sobie radzi, ale kiedy pojawia się trzecie dziecko...

Można powiedzieć, że są kobiety w gorszej sytuacji życiowej i materialnej. Zgadzam się, ale pamiętajmy, że dwie różne osoby inaczej zareagują na takie samo doświadczenie. Nie oceniajmy. I może się mylę, ale wydaje mi się, że nawet samotne matki albo takie, które mają kilkoro dzieci też mają gorsze chwile. To nie wygląda tak, że są bezgranicznie szczęśliwe przez cały czas. Opieka nad dzieckiem to wielkie wyzwanie, wymagające wielu wyrzeczeń i ciężkiej pracy, ale przecież nie każda się do tego przyzna, bo w naszym świecie utarło się, że matka musi i matka powinna ze wszystkim dawać sobie radę. Niekończąca się kolka? Nic strasznego. Góra pieluch. Pikuś. Hałasujące starsze dziecko, gdy zaledwie przed minutą z trudem uśpiłaś młodsze. Oj tam. Pomalowane ściany, gdy próbowałaś nie przypalić obiadu, jednocześnie prasując ubranka i koszule? No, zdarza się przecież. A gdy dzieci już śpią, a ty do północy doprowadzasz mieszkanie do porządku, które po całym dniu przypomina bardziej pobitewne pogorzelisko, niż przytulne miejsce? Mówisz, no cóż, taka moja rola. A później kilka godzin płytkiego snu, najczęściej przerywanego płaczem i od rana wiśta wio, powtórka z rozrywki.

I można mnie oceniać, można mnie linczować, ale odkąd mam dzieci co jakiś czas dochodzę do wniosku, że matka natura wiedziała co robi. Zrzuciła na kobiety macierzyństwo i nakazała im kochać swoje dzieci ponad wszystko. I ten ostatni element jest kluczowy. Gdybyśmy ich nie kochały, pewnie nie dałybyśmy rady tego wszystkiego znieść. Bo przecież to miłość sprawia, że jesteśmy w stanie się poświęcić, często rezygnując z części samych siebie. Kochamy i to jest piękne. Ale co zrobić, jeśli sytuacja nas przerasta, nie mamy wsparcia i sił, a miłość trudno znaleźć?

Piszę ciągle o kobietach, bo to głównie na nas spoczywa obowiązek dbania i wychowania pociech. Wiem, że są mężczyźni, którzy czynnie angażują się w cały proces i domowe obowiązki, ale z moich obserwacji wynika, że stanowią mniejszość. Drogie panie, jeśli macie taki egzemplarz w domu, całujcie ziemię po której stąpa, bo to jeden z najrzadszych okazów.

W Sercu z kamienia mamy obraz zapracowanego męża, który uważa, że to matka najlepiej zajmie się jego dziećmi i domem. Sam unika płaczących córek i opiekuje się nimi od święta. Na dokładkę uważa, że to co robi jego żona nie jest trudne i nie wymaga specjalnego wysiłku. Naprawdę? Każdemu o podobnych przekonaniach polecam choćby kilka dni urlopu, wysłanie żony do mamy, czy przyjaciółki i spróbowanie własnych sił. I wtedy się przekonamy, czy całodobowa opieka nad dziećmi i prowadzenie domu, to tylko beztroskie leżenie na sofie. I dlaczego mam dziwne wrażenie, że znajdzie się niewielu odważnych?

Więc macierzyństwo to piękna rzecz, ale czasami, tak jak bohaterka Serca z kamienia, można mieć dość. Można zatęsknić za czasami beztroski, gdy ponosiło się odpowiedzialność jedynie za siebie. Można mieć ochotę rzucić wszystko i uciec. Można mieć powyżej uszu ciągłego płaczu. Można, bo każda kobieta, nawet matka jest tylko człowiekiem, a nie cyborgiem z nierozładowalnym akumulatorem.

A jeśli chodzi o bejbi blues i depresję poporodową, nie wstydźmy się tego. Mamy prawo okazać słabość. Pamiętajmy, że ta choroba nie wybiera. Nie bójmy się o tym mówić i szukać pomocy. Róbmy to, zanim dojdzie do nieszczęścia. Są leki, terapie, które przywrócą radość, sprawią że ponure myśli staną się tylko złym wspomnieniem i w końcu uda nam się nawiązać więź ze swoim bobaskiem, nawet jeśli do tej pory wydawało nam się to czymś zupełnie surrealistycznym.
A jeśli nie wynikło to z powyższego tekstu, książkę Serce z kamienia polecam całą sobą. I nie tylko kobietom, choć dla wielu będzie stanowić pewnego rodzaju pocieszenie. Zachęcam do czytania również panów. Może dzięki niej odrobinę zrozumiecie swoje partnerki?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bezbłędny thriller! - "Żmijowisko" Wojciecha Chmielarza

Kupiłam, bo słyszałam dużo dobrego. Ale jak to bywa, po drodze była cała kolejka książek do przeczytania, więc Żmijowisko musiało poczekać. Jak widać doczekało się i powiem jedno: To jeden z najlepszych thrillerów, jakie czytałam. Książka całkiem zasłużenie trafiła na listę bestsellerów serwisu Audioteka, Empiku i Magazynu Literackiego KSIĄŻKI , a przez Newsweek została uznana za jedną z najlepszych powieści na lato. Na rynku pełno jest pozycji, które możemy określić ledwie jako "kolejny romans", czy "kolejny kryminał". W tłumie innych książek nie wyróżniają się niczym szczególnym. Żmijowisko z pewnością do nich nie należy. Pierwszą rzeczą, która mi się spodobała, był sposób na opowiedzenie historii. Wojciech Chmielarz robi to w trzech ramach czasowych. Trzeba wiedzieć, że cała fabuła kręci się wokół zaginięcia młodej dziewczyny, Ady. Nastolatka znika podczas wakacyjnego wyjazdu. Autor dawkuje czytelnikowi całą opowieść w małych porcjach. Najpierw kawałek teraźniej…

Kłamiesz mnie. - Czy tylko mi rączki opadają?

Dziś trochę o popularnych błędach językowych. Na wstępie zaznaczę, że nie chcę tym postem nikogo obrazić, ani dyskryminować z powodu niepoprawności językowej. Zdaję sobie sprawę, że niektóre potknięcia związane są z niewiedzą. Bywa, że ja też nad niektórymi słowami/zwrotami muszę się chwilę zastanowić i także mnie zdarzają się potknięcia słowne, dlatego jestem daleka od rzucania kamieniem.Niemniej jednak pewne kwestie wzbudzają we mnie silne emocje i nimi właśnie jest przesycony tekst. Z góry za to przepraszam. W każdym razie moim zamiarem jest raczej zwrócenie uwagi na pewne niepokojące rzeczy i zachęcenie do dbania o język. Bo skoro mamy swój, którego nasi przodkowie tak zajadle bronili podczas zaborów, czy nie powinniśmy o niego dbać? Moja postawa jest bardzo patriotyczna, ale czy nie taka powinna właśnie być?

365 dni – „Ojciec Chrzestny i 50 Twarzy Greya w jednym” Czyżby?

Dziś nadszedł czas na recenzję "365 dni" autorstwa Blanki Lipińskiej.
Okładka wpadła mi w oko, w jednej z internetowych księgarni. Z ciekawości kliknęłam i przeczytałam opis, który wzbudził moje zainteresowanie. Postanowiłam zapoznać się z opiniami. Większość okazała się bardzo pozytywna. Zatem zaryzykowałam.
W moim czytelniczym umyśle zrodziły się wielkie nadzieje dotyczące tej pozycji. Szybko kończyłam czytaną książkę, by sięgnąć po „365 dni”. W końcu nadszedł upragniony moment i… No cóż, lekko się zawiodłam.
Spodziewałam się erotycznego romansu z ciekawą akcją w tle. Niby to dostałam. Niestety nie dotarłam do czytelniczego spełnienia, na jakie miałam nadzieje. Podejrzewam, że po prostu zbyt dużo oczekiwałam. Sądziłam, że cała historia mnie porwie, że poczuję magię i wzajemne przyciąganie pomiędzy bohaterami. A tymczasem zderzyłam się z rzeczywistością, która zapewniła mi niemałe rozczarowanie.
Podczas czytania tyle rzeczy kuło mnie w oczy, że aż trudno mi wybrać, co najb…