Druga połówka - Opowiadanie walentynkowe 2022

Witam Was wszystkich i gorąco zapraszam na tegoroczne opowiadanie walentynkowe. Tym razem mam dla Was trójkąt miłosny, w nim wybór pomiędzy miłością, a przyjaźnią. Uprzedzam, że jest bardzo, bardzo romantycznie. 💓

Dajcie znać, czy historia przypadła Wam do gustu. 😉 Nie chodzi tu tylko o moją świadomość i radość z dobrze wykonanego zadania, ale pomysł, który zrodził się w trakcie pisania poniższego opowiadania. Otóż co byście powiedzieli, gdybym poszerzyła to opowiadanie do rangi powieści? Uwierzcie mi, mam w głowie niezłe pomysły, do których Gosia i Filip pasowaliby idealnie.

Tymczasem życzę Wam udanych Walentynek pełnych miłości (nie tylko romantycznej, ale każdego rodzaju) oraz rzecz jasna przyjemnej lektury. 😊💕

PS Tekst opowiadania dostępny tym poście albo na Wattpadzie, tutaj:

Druga połówka

Od zawsze wierzyłem, że gdzieś czeka na mnie moja druga połówka. Ktoś tylko dla mnie, kogo dostrzegę od razu. Byłem przekonany, że los sam mnie do niej doprowadzi, a gdy nadejdzie dzień spotkania, świat zadrży w posadach. Wiedziałem, że nie każdemu jest pisane takie uczucie. Ja jednak miałem mieć szczęście, byłem tego pewny. Problem w tym, że czekałem i nic się nie działo. Moje dni upływały na marzeniu o miłości, które towarzyszyło mi zawsze, głęboko zanurzone w mojej duszy. Rzecz jasna, nikomu nie przyznawałem się do własnych oczekiwań. Ani rodzicom, ani kolegom, ani dziewczynom, z którymi się spotykałem. Bo czy takie romantyczne wizje pasowały do obrazu prawdziwego macho, za którego chciałem uchodzić? Właśnie. Więc po prostu szedłem przez życie z szeroko otwartymi oczami. Nadzieja nie umierała. Jednego nie przewidziałem, że los postanowi nieco zagrać mi na nosie.

 Tamtego wieczora nie byłem u siebie. Ledwie znałem okolicę. Przyjechałem niedawno, w odwiedziny. Nie miałem lepszych perspektyw na przerwę zimową, a lubiłem Antka. Można powiedzieć, że byliśmy przyjaciółmi od pierwszego dnia studiów. Razem dotrwaliśmy do piątego roku. Zostało jeszcze pół, by przestać się wygłupiać i brać życie za rogi.

Wracałem ze sklepu obładowany w reklamówki pełne piwa i przekąsek. Sam zgłosiłem się na ochotnika. U Antka trwała impreza pełną parą, ale ja potrzebowałem oddechu. Od tłumu, głośnej muzyki, a przede wszystkim od pewnej natrętnej blondynki. Żółwim tempem posuwałem się w kierunku bloku. Wtedy ją dostrzegłem. Szła chodnikiem. Tempo miała szybkie. Nosiła puchową, niebieską kurtkę, wełnianą czapkę spod której wystawały bujne, czarne jak węgiel włosy. Byłem już dwa kroki od niej, gdy pisnęła i zamachała rękami na boki. Nie pomogło jej to w niczym. Wyrżnęła na oblodzonym chodziku wprost na tyłek opięty dżinsami. Z ust wyrwało jej się przekleństwo.

Stanąłem nad nią. Początkowo nie zwróciła na mnie uwagi. Dopiero, gdy się odezwałem, proponując pomoc, spojrzała na mnie. Choć pół twarzy miała zasłonięte szalikiem, uznałem ją za niezwykle piękną. A wszystko przez wielkie, fiołkowe oczy, które skrzyły się niczym zmrożony wokoło śnieg.

Czy świat się zatrząsnął? Prawie. Powiedziałbym raczej, że się zatrzymał. Była tylko ona, cała reszta zniknęła z mojego postrzegania. Odłożyłem na ziemię reklamówki z zakupami i podałem jej dłoń. Moja była zimna i skostniała, jej ciepła i delikatna. Przeszył mnie przyjemny dreszcz, gdy jej dotknąłem. Tak przyjemny, że nie miałem ochoty jej puścić, nawet wtedy, gdy już stała naprzeciw mnie.

- Dziękuję – odezwała się i spuściła wzrok na nasze złączone ręce, jakby coś bardzo ją zaintrygowało.

- Nie ma sprawy. Nic ci się nie stało?

- Nie. Może tylko moje ego ucierpiało, ale poza tym jestem cała.

Posłałem jej jeden z moich najlepszych uśmiechów i przesunąłem kciukiem po wierzchu jej dłoni. To się działo samo, jakby moje ciało wiedziało, co powinno robić i przechodziło do działania bez jakiegokolwiek porozumienia ze mną. Szerzej otworzyła oczy i wyszarpnęła rękę, jakby się przestraszyła. Niechętnie jej na to pozwoliłem.

- Jestem Filip.

- Gosia.

- Miło mi. Mieszkasz tutaj? – zapytałem z nadzieją.

Zakołysałem się na piętach, przewiercając ją spojrzeniem. Zastanawiałem się, co kryje się pod szalikiem. Jeśli reszta jej twarzy była tak zniewalająca jak oczy, było po mnie. Wróć. Co ja sobie myślałem? Przecież już wpadłem jak śliwka w kompot.

Pokiwała głową. Znowu popatrzyła mi prosto w oczy. Wyglądała, jakby się zastanawiała.

- Przyszłam na imprezę – powiedziała w końcu, a ja miałem ochotę uklęknąć na tym oblodzonym chodniku i wznieść dziękczynne modły za ten zbieg okoliczności.

- Ja też. - Uśmiechnąłem się, sięgnąłem po reklamówki i wskazałem jej, żeby szła przodem.

Zatrzymała się przy wejściu do klatki. Zerknęła na mnie, jakby się wahała, ale w końcu uniosła palec do domofonu. Ktoś otworzył nam bez słowa.

Weszliśmy do wilgotnego korytarza. Lekko śmierdziało stęchlizną, ale wystarczyło, że nachyliłem się nad dziewczyną, by poczuć słodki, owocowy zapach. Pachniała jak brzoskwinie w samym szczycie lata. Miękkie i soczyste. Miałem ochotę zanurzyć nos w jej włosach i głębiej się zaciągnąć. Zanim dałem się ponieść, wpadłem na nią.

Gosia zatrzymała się przed drzwiami mieszkania Antka. Wybąkałem w jej czapkę niewyraźne przeprosiny za próbę stratowania i czekałem. Znieruchomiała z dłonią na klamce. Odchyliła głowę, by znowu przeszyć mnie niesamowitym spojrzeniem.

Tym razem zobaczyłem jej usta i delikatną linię podbródka. Musiała poluzować szalik, kiedy wchodziliśmy po schodach. Cholera, była piękna, wręcz zjawiskowa. A te wargi… Miałem ochotę je całować, ssać i przygryzać. Na samą myśl o tym, poczułem prąd przeszywający lędźwie. Cholera, nie potrzebowałem teraz wzwodu. Próbowałem pchnąć myśli w zupełnie inną stronę, ale wtedy ona tak seksownie przygryzła wargę, że krew znowu przyśpieszyła w moich żyłach. Kurwa.

Wyglądała jakby się wahała. W końcu odwróciła się w stronę drzwi i otworzyła je. Weszła głębiej do przedpokoju, robiąc mi miejsce. Do naszych uszu wlała się muzyka i śmiechy dochodzące z pomieszczenia obok. Mieszkanie pachniało dymem papierosowym.

Gosia zdjęła czapkę i szalik. Przy kurtce pośpieszyłem jej z pomocą. Złapałem za jej boki i zsunąłem z jej ramion. Przesuwałem przy tym opuszkami palców po jej ramieniu okrytym cienkim materiałem. O ile się nie myliłem, zadrżała pod moim dotykiem.

Jak dziwne by to nie było, miałem ochotę zamknąć jej drobne ciało w ramionach, zanurzyć twarz w jej włosy i tak już zostać. Resztką sił się powstrzymałem. Nie chciałem przecież, żeby wzięła mnie za wariata. Odwiesiłem jej kurtkę i właśnie wtedy z pokoju wypadł Antek.

- Margo! – zawołał z entuzjazmem, który zupełnie mi się nie spodobał.

Oniemiały patrzyłem, jak podchodzi do dziewczyny, obejmuje jej twarz dłońmi i składa na jej grzesznych ustach pocałunek. Nie byle jaki pocałunek, ale głęboki i namiętny. Dokładnie taki, jakim ja chciałbym ją obdarować. Co tu się wyprawiało?!

Kiedy już się oderwał od dziewczyny, spojrzał na mnie. Twarz miał pełną dumy, a w oczach radość i rozczulenie.

- Widzę, że już się poznaliście.

Zdobyłem się na uśmiech. Pewnie wyszedł sztuczny, ale Antek nie zwrócił na niego uwagi. Uniosłem kciuk nad głową Małgosi, czy też Margo, jak wołał na nią Antek.

- Chodźcie – powiedział i pociągnął dziewczynę do salonu, gdzie znajdowało się centrum imprezy.

Ja skręciłem do łazienki. Stanąłem naprzeciw umywalki i zagapiłem się w lustro. Minę miałem grobową. Cholera, jak mogłem nie skojarzyć? Antek od miesięcy nie przestawał o niej mówić. Margo to, Margo tamto, Margo jest taka niesamowita. Śmiałem się wtedy z niego, że robi z siebie pantoflarza i że całkiem zwariował, ale tak naprawdę mu zazdrościłem. Zazdrościłem zakochania. Bo moje serce wciąż czekało. Dopiero dziś zabiło szybciej na widok kobiety. Pierwszej w moim życiu do której mógłbym poczuć coś więcej. Wielka szkoda, że ona była już zajęta. Była narzeczoną mojego przyjaciela. Kurwa.

*

Tamta impreza była koszmarem, a ja nawet nie miałem gdzie uciekać, bo aktualnie pomieszkiwałem na podłodze w pokoju Antka. Do hałasu i natrętnych dziewczyn, które jak na mój gust były zbyt śmiałe, doszedł widok wprost zabójczo atrakcyjnej Gosi w ramionach przyjaciela. Zalewała mnie żółć, gdy jego dłoń przesuwała po jej talii albo pośladkach. Gdy ich usta się spotykały, miałem ochotę wyć z frustracji. W efekcie tego byłem nadąsany i burkliwy. Cholera jasna, nawet to nie było w stanie odstraszyć niektórych dziewczyn. Zupełnie jakby moja skwaszona mina jeszcze bardziej je nakręcała.

Gosia i Antek byli nierozłączni przez cały wieczór. To znaczyło, że albo przyglądałem im się z daleka, albo musiałem z nimi rozmawiać. Nie wiem, co było gorsze. Tak czy siak, za wszelką cenę próbowałem omijać wzrokiem Małgosię. Bałem się, że jeśli się nie powstrzymam, wszyscy dojrzą w moim spojrzeniu nieokiełznany głód i pożądanie. Było to iście heroiczne zadanie, ale jakoś mi się udawało. Na początku głupio było rozmawiać z ich dwójką i jednocześnie udawać, że Gośki tam nie ma. Pewnie wyglądałem przy tym jakbym miał paskudnego zeza. Całe szczęście za każdym razem dziewczyna mówiła coraz mniej, jakby sama chciała mi pomóc. W pewnym momencie gdzieś sobie poszła, a ja odetchnąłem.

- Hej, stary. – Antek klepnął mnie w bark. – Co jest? Nieswój jesteś.

Wzruszyłem ramionami.

- Źle się czuję. Chyba coś mnie bierze.

Przyjaciel zmarszczył brwi.

- Ale aż tak żeby olać Aśkę?

Wskazał szyjką butelki w przeciwległy róg salonu. Blondwłosa Joanna siedziała, o losie okrutny, obok Gosi. Obie plotkowały, co jakiś czas zerkając w naszą stronę. Szlag. Jeszcze bardziej zmarkotniałem.

- Ja wiem. Chyba nie mam dzisiaj ochoty.

- Ty? – uniósł brwi i pociągnął łyk z butelki.

- Przecież wiesz, że jestem tradycjonalistą, a ona… - Sam nie wiedziałem jakiś słów użyć, żeby jej przy okazji nie obrazić.

- Wyluzuj. Przecież to nie na całe życie. Jak sama chce to korzystaj.

- Wiesz, że to tak nie działa – przypomniałem mu.

To nie było tak, że chętne dziewczyny rzeczywiście chciały tylko krótkiej przygody. W większości przypadków zawsze miały nadzieję na coś więcej. Zawsze postrzegały mnie jako potencjalnego partnera. Jeśli po wszystkim odchodziłem, miały pretensje. Mówiły, że je wykorzystałem. Tak, czy siak wychodziłem na tego złego. Dziękuję, nie jestem zainteresowany.

- Masz. – Wcisnął mi do ręki butelkę. – Napij się, to się rozluźnisz.

Alkohol wylądował u mnie w samą porę, bo Aśka właśnie pociągnęła Gosię na parkiet. Ta dziewczyna była ideałem. Piękna jak anioł, poruszała się jak prawdziwa diablica. Kusiła mnie każdym swoim ruchem, wygięciem ciała. Ależ ja marzyłem, żeby do niej podejść. Chciałem poruszać się obok niej. W nozdrzach poczuć jej zapach, a pod palcami gładką skórę. Gdyby tak jak teraz kręciła biodrami, przyciągnąłbym ją do siebie, a ona by poczuła, co ze mną wyprawia.

Poruszyłem się niespokojnie, próbując jakoś ukryć wybrzuszenie w spodniach i przyssałem się do butelki, od razu opróżniając połowę.

- I co? Mówiłem, że Margo jest świetna. Chyba jej się oświadczę.

Kurwa. Kurwa. Kurwa.

Zacząłem kaszleć. Plułem piwem pod nogi, a Antek klepał mnie po plecach. Czułem, że drży od śmiechu.

- Serio? Chcesz się żenić? – wycharczałem, ocierając usta.

- A czemu nie? Wygląda jak bogini, do tego jest zabawna, inteligentna, a ja szaleję na jej punkcie.

Jeszcze przed chwilą byłem czerwony, ale czułem, że blednę w zastraszającym tempie. Cholera, to nie mogło się dziać. To jakiś koszmar.

- A nie boisz się, że ci przejdzie? Że to tylko tymczasowe?

- Coś ty, taka dziewczyna nie może się znudzić – powiedział pewnie, a ja w duchu musiałem przyznać mu rację.

Stałem pod ścianą i trawiłem rewelację przyjaciela. Od czasu do czasu zerkałem na środek pokoju, gdzie dziewczyny kręciły biodrami. Gosia była idealna, ale nie dla mnie i musiałem się z tym pogodzić.

Mój plan był prosty. Odpuścić sobie Małgosię. Byłem przekonany, że pójdzie szybko i sprawnie. Przecież wcale jej nie znałem. Ok, podobała mi się, może nawet wzbudziła reakcje silniejsze niż każda inna dziewczyna, ale to przecież była zwykła chemia, prawda? Proste zauroczenie, które zniknie z czasem. Tak mi się wydawało.

 Postanowiłem zniechęcić siebie do niej i ją do siebie. Zacząłem już w tamtej chwili. Szukałem w jej wyglądzie jakiś wad. Lekko garbaty nosek, wysokie czoło, zbyt szczupłe nogi. Problem w tym, że te wszystkie pozorne niedociągnięcia idealnie do niej pasowały, wręcz dodawały jej uroku. Szukałem w głowie kolejnych argumentów. Była smarkulą! Tak, do dobra wada. Ja kończyłem studia, byłem na ostatnim roku. Po co mi do szczęścia maturzystka? Toż to jeszcze pewnie rozchichotane, niedojrzałe dziewczątko, które ma w głowie siano. O czym tu z nią rozmawiać? Przecież już dawno przestały mnie interesować tylko sfera fizyczna u płci przeciwnej. Chciałem też czegoś więcej. Charakteru, rozmowy, a nawet przyjaźni. Z tą całą Gośką z pewnością nie było o czym gadać. Tak, to dobry argument i jego postanowiłem się trzymać. Rzecz jasna życie bardzo szybko wytrąciło mi go z ręki, ale w tamtym momencie ta myśl była moją jedyną deską ratunkową.

*

Siedziałam ze swoim szkicownikiem na kolanach. Palce miałam ubrudzone węglem, tak samo jak prawy policzek. Dmuchnęłam na pasemko, które wypadło z koka i dyndało na wysokości oczu. Przeszkadzało mi, ale nie miałam czasu wpiąć go z powrotem na miejsce. Musiałabym wstać, podejść do biurka i wyjąć z szuflady wsuwkę, a nie chciałam odrywać się ani na moment. Przesuwałam dłonią nad papierem. Działałam automatycznie, bez zastanowienia, w pełnym amoku. Po kilku chwilach spoglądały na mnie ciemne oczy osadzone w pociągłej twarzy. Bujne włosy opadały delikatnie na czoło, prosząc, by zanurzyć w nich dłoń. Usta wygięły się w uśmiechu pozbawionym wesołości, ale za to pełnym pokusy. Przełknęłam ślinę, bo nagle zaschło mi w buzi.

Wstałam i podeszłam do okna ze szkicem. Naniosłam ostatnie poprawki. Tu rozmazałam, tu dodałam kreskę. Kiedy skończyłam, spojrzałam na swoje dzieło z frustracją i niechęcią. Wyrwałam kartkę, wyjęłam z kieszeni spodni zapalniczkę. Ciszę przerwało krótkie pstryknięcie. Płomień zbliżył się do papieru. Najpierw zaczął się czernić na brzegu, później rozbłysnął na pomarańczowo.

- Idź do diabła – powiedziałam i położyłam kartkę w dużej misie.

Portret mężczyzny zmieniał się w kolejną warstwę popiołu na dnie naczynia. Nie spuszczałam z niego wzroku przez cały proces. Przymknęłam oczy dopiero, kiedy nie ostał się nawet mały kawałek papieru i niemal od razu krzyknęłam z frustracji. Ten drań znowu pojawił się pod moimi powiekami. Niechciany, nieproszony, za to piękny i niedostępny.

Złapałam pierwsze, co miała pod ręką i rzuciłam o ścianę. Dyszałam ciężko. Cholera, lubiłam tą figurkę. Dostałam ją od Antka. Trudno, coś wymyślę. Powiem, że Mruczek ją strącił z półki. Wzięłam kilka głębokich oddechów i zabrałam się do sprzątania. Gdy skończyłam, podeszłam do szkicownika. Czy miało sens rysowanie go jeszcze raz? Spaliłam już dziesięć szkiców i żaden nie pomógł. Widać moje czary straciły moc.

Odkąd nauczyłam się trzymać ołówek w dłoni, właśnie tak radziłam sobie z problemami i demonami, które siedziały pod moją skórą. Chciałam coś przerobić? Nic trudnego. Wystarczyło tylko to narysować i zniszczyć. Gdy byłam mała, targałam, deptałam i cięłam, dopiero później zaczęłam palić. Ogień był symbolem oczyszczenia, stanowił ratunek. Widać mój nowy koszmar był na niego odporny.

Zrezygnowana usiadłam na łóżku, podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam je rękoma. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego nie potrafię wyrzucić tego faceta z głowy. Zagnieździł się w niej na tamtym oblodzonym chodniku, gdy zalewałam się wstydem po upadku. Przypomniał mi się dotyk jego dłoni, jego oczy i uśmiech, który odebrał mi dech. Gdy staliśmy trzymając się za ręce, miałam wrażenie, że wreszcie wszystko jest na swoim miejscu. Ja byłam tam, gdzie powinnam. Wszystko nabrało wyrazistszych kolorów, a mnie ogarnęła ekscytacja i wbrew logice spokój. Spojrzałam wtedy na nasze dłonie. To było szalone, ale takie przyjemne… A potem on przesunął kciukiem po mojej skórze, pobudzając do życia całe moje ciało. Wystraszyłam się własnych odczuć. Tak dziwnych, a przede wszystkim tak intensywnych. Wytargałam rękę i zrobiłam krok w tył, a kiedy poznałam jego imię, wyryło mi się w pamięci tak jak jego właściciel.

Prychnęłam sfrustrowana. Nie wiedziałam, dlaczego nie potrafię przestać o nim myśleć. Przecież nawet go nie polubiłam. Dobrze, na początku był miły, uroczy wręcz, ale później kompletnie mnie ignorował. Nawet na mnie nie patrzył, jakbym wcale nie istniała, albo… Albo była jakaś szkaradna.

Poderwałam się z łóżka i podbiegłam do lustra. Uważnie przyjrzałam się swojej twarzy i sylwetce. Może nie wyglądałam jak modelka, ale nie byłam przecież aż tak brzydka. A on zachowywał się, jakbym na samym czubku nosa nosiła olbrzymią, paskudną kurzajkę. Jedynym pocieszeniem był fakt, że właściwie na żadną z dziewczyn nie zwracał uwagi. Może był gejem? Skrzywiłam się do swojego odbicia. Oszaleć na puncie geja, to by dopiero było żałosne – pomyślałam.

Kątem oka dostrzegłam rozświetlony ekran telefonu. Zerknęłam na wiadomość. Antek. Właśnie, Antek. Byliśmy razem już od  kilku miesięcy. Zabawny, miły i niebrzydki. Lubiłam spędzać z nim czas. A jednak to nie on przyprawił mnie o drżenie serca ledwie mnie dotykając. I to nawet nie specjalnie. Po prostu pomagał mi zdjąć kurtkę. Przesunął opuszkami po moich ramionach, do tego okrytych bluzką. Czy wariowałam? Z pewnością, skoro Antek musiał nieźle się natrudzić, by rozbudzić we mnie choć namiastkę podobnego uczucia.

„Lodowisko dziś o 17?”

Przygryzłam wargę.

„Sami, czy w większym gronie?”

Czekałam na odpowiedź, stukając w bok telefonu. Nie byłam pewna, jaka odpowiedź mnie ucieszy. Z jednej strony nie chciałam widzieć Filipa, z drugiej o niczym innym nie marzyłam. Może właśnie tak zaczynała się schizofrenia?

„Z Filipo.”

Wypuściłam powietrze z płuc. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że je wstrzymywałam. Powinnam się bać, czuć konsternację, a zamiast tego byłam podekscytowana. Drżącymi dłońmi wystukałam potwierdzenie.

Przyjaciel mojego chłopaka zjawił się znikąd i wniknął do mojej głowy. Myśli o nim wywoływały u mnie wyrzuty sumienia. Czułam się nie fair względem Antka. Jak ostatnia zdrajczyni. Ale przecież nic wielkiego się nie działo, prawda? Ledwie kilka fantazji, trochę miejsca w głowie. Chwilowa fascynacja. Próba, którą przejdę śpiewająco. W końcu zależało mi na Antku. Lubiłam go. Ten cały Filip zniknie tak szybko, jak się pojawił. Wyjedzie za kilka dni, a ja zapomnę. Tak, wtedy na pewno wyrzucę go z głowy.

*

Sączyłem grzane wino i starałem się udawać, że nie rusza mnie ramię Antka, które niczym macka ośmiornicy przylgnęło do Gosi. To było niemal heroiczne wyzwanie, ale na razie dawałem sobie radę. Najciężej było, gdy się do mnie zwracali. Wtedy musiałem choć rzucić na nich okiem, by nie wzbudzać podejrzeń. Gdybym całkiem porzucił kontakt wzrokowy, Antek z pewnością by zauważył. Właściwie już teraz patrzył na mnie z jakimś niepokojem. Może domyślił się, że po cichu wzdycham do jego dziewczyny, którą widziałem ledwie drugi raz w życiu? Nie, niemożliwe. Antek nie był typem zazdrośnika i co ważniejsze wydawał się całkiem pewny szczerości dziewczyny. Właściwie nie miał podstaw do obaw. Małgosia wydawała się zupełnie niezainteresowana moją osobą, a nawet pałała do mnie pewną niechęcią i wrogością. W tym momencie powinienem się cieszyć, że mnie nie lubi, prawda? Niestety, z jakiegoś dziwnego powodu jej wrogie spojrzenia mnie irytowały, chociaż sam ją przecież ignorowałem, jak tylko mogłem. Czułem się jak wariat, który zasługiwał na biały kombinezon z wiązanymi na plecach rękawami.

Zaczęło się na lodowisku. Gosia nie poczekała na nas przy wejściu. Szepnęła coś Antkowi do ucha, później pocałowała go w policzek. W oczach miała szelmowski błysk, przez który o mało nie potknąłem się o łyżwy na stopach. Ruszyła między tłum niczym zawodowa łyżwiarka. Miała w sobie grację i wdzięk. Nie zdziwiłbym się, gdy potrafiła zatańczyć na lodzie.

Antek nie był tak dobry w jeździe. Właściwie niezbyt lubił łyżwy i rolki. Dlatego wcześniej zdziwiłem się, że zaproponował spędzenie czasu na lodowisku. Mógł wybrać cokolwiek innego, choćby kręgielnie. Tymczasem on zdecydował się na swój słaby punkt. Kiedy o to zapytałem, powiedział, że „Margo kocha łyżwy”. To wszystko wyjaśniło. Byłem pełen podziwu dla jego poświęcenia. Zrozumiałem, że naprawdę szaleje na punkcie tej dziewczyny.

Powoli robiliśmy kolejne okrążenia. Gosia co jakiś czas mijała nas, sprawnie lawirując pomiędzy ludźmi.

- Ona zawsze jeździ jak na wyścigi? – zapytałem od niechcenia.

Antek uśmiechnął się szeroko, chociaż czoło znaczyły mu bruzdy skupienia. Z daleka było widać, jak niepewnie się czuje. Każdy jego ruch wydawał się skrupulatnie przemyślany.

- Zazwyczaj. Podobno poczucie pędu jest najlepsze w tej zabawie. Cytuję, bo ja zupełnie tego nie rozumiem.

Przytaknąłem. Ja też miałem ochotę się rozpędzić, ale nie chciałem zostawiać Antka samego. Dostosowywałem więc tępo do niego. Miałem ochotę się roześmiać, gdy jakiś siedmiolatek wyprzedził nas po lewej stronie.

- Chcesz, możemy zejść. Jakoś nie mam dziś ochoty na łyżwy – skłamałem.

- Grzaniec? – zaproponował z nadzieją.

Przytaknąłem. Już mieliśmy podjechać do wyjścia, kiedy Antek dotknął mojego ramienia. Minę miał niewyraźną.

- Mógłbyś do niej podjechać i jej powiedzieć, że będziemy czekać przy barze? – zapytał. Nie patrzył mi w oczy. Chyba się wstydził.

Poklepałem go po barkach i poprosiłem, żeby już poszedł zamówić. Później odszukałem ją w tłumie i pognałem w tamtym kierunku.

- Cześć – odezwałem się, gdy udało mi się z nią zrównać.

Gosia zerknęła na mnie. Już myślałem, że mnie zignoruje, bo nagle przyśpieszyła. Ona jednak tylko mnie wyprzedziła, by znaleźć się po mojej lewej, gdzie było mniej ludzi. Z pełną swobodą okręciła się o sto osiemdziesiąt stopni i już dużo wolniej sunęła tyłem do przodu. Miałem ochotę zagwizdać z podziwu, ale byłoby to szczeniackie, więc ograniczyłem się tylko do spojrzenia pełnego uznania. Pomyślałem, że chciałbym zabrać ją na jakieś porządniejsze i przede wszystkim o wiele większe lodowisko. Najlepiej całoroczne, profesjonalne. Miałem wrażenie, że dopiero tam mogłaby w pełni rozwinąć skrzydła i pokazać co naprawdę potrafi.

- Gdzie Antek? – zapytała, sprowadzając mnie na ziemię.

- Zszedł. Chyba nie czuł się dobrze na lodzie.

Mina dziewczyny zrzedła. Jeśli przed chwilą było doskonale widać, ile radości sprawiają jej łyżwy, teraz ten zachwyt się ulotnił. Cholera, mogłem powiedzieć, że poszedł za potrzebą, cokolwiek. A tak popsułem jej humor, odebrałem radość. Czułem się z tego powodu paskudnie, choć przecież to nie było nic wielkiego. Przecież doskonale wiedziała, że Antek nie lubi się ślizgać.

Gosia obróciła się z powrotem w kierunku jazdy, ale nie przyspieszyła.

- Nabrał ochoty na grzańca – dodałem szybko. – Wiesz, to nic złego. Nie zawsze trzeba lubić te samy rzeczy.

Wyglądała na zamyśloną. Kiedy w końcu się odezwała, spojrzała na mnie z ciekawością.

- A ty? Lubisz łyżwy?

- Łyżwy, rolki, rowery, narty, a ostatnio deskę surfingową – mówiłem od niechcenia, choć tak naprawdę chciałem jej zaimponować.

Chyba osiągnąłem efekt przeciwny do zamierzonego, bo Gosia zmarszczyła czoło. Wyglądała, jakby była bardzo niezadowolona. Jakbym powiedział coś zupełnie odwrotnego do tego, co chciała usłyszeć.

- Mogłam się tego spodziewać – powiedziała cicho. – Dołączę do was za kilka minut – dodała i przyspieszyła.

Przez chwilę walczyłem sam ze sobą. Miałem ochotę ruszyć za nią w pogoń, niczym drapieżnik za zwierzyną. Siłą woli się powstrzymałem. Patrzyłem jak zgrabnie lawiruje pomiędzy innymi i udawałem, że wcale nie rusza mnie jej tyłek opięty dżinsami.

Zszedłem z lodowiska. Chwilę szukałem Antka. Grzał się winem nieopodal. Z chęcią do niego dołączyłem. Potrzebowałem czegoś mocniejszego. A później przyszła ONA. Nastawiona wyjątkowo bojowo do mnie, za to do Antka lepiła się niczym słodki miód.

Kiedy rzuciła mi kolejne, wrogie spojrzenie, pomyślałem, że to nawet dobrze. Jeśli mnie nie lubiła, powinno być mi łatwiej zostawić ją w spokoju. Niestety na „powinno” się skończyło.

*

Walczyłem ze sobą, przysięgam. Pozwoliłem, by czas zadziałał, ale on wcale nie przynosił ukojenia.

Po lodowisku widziałem ją jeszcze dwa razy. Nasza relacja pozostawała bez zmian. Ja starałem się ją ignorować, ona zwracała się do mnie równie niechętnie i z rezerwą. Antek biadolił, że się nie dogadujemy, a ja nie mogłem znieść widoku Gosi w jego objęciach. Koszmar. Skłamałem, że muszę wracać wcześniej do domu i uciekłem. Miałem nadzieję, że to pomoże. Byłem głupi.

Nie potrafiłem wyrzucić jej z głowy. Była tam z tymi swoimi niezwykłymi oczami, których kolor widziałem każdego dnia. A to w kwiecistym wzorze spódnicy mijanej kobiety, a to na plakacie reklamowym. Fiołkowy przyciągał mnie niczym magnez, a ja przecież nawet nie zwracałem uwagi na coś tak małoistotnego jak kolor, i to w dodatku oczu. A przynajmniej nie robiłem tego przed spotkaniem pewnej bardzo ciekawej, ale zajętej i nie do ruszenia dziewczyny.

Już trzeciego dnia, po kolejnej nocy pełnej snów o niej, wygooglowałem jej zdjęcie. Zrobiłem zrzut ekranu i katowałem się nim w każdej wolnej chwili. A później poległem w kolejnej wewnętrznej walce. Napisałem do niej na czacie. Właściwie nie wiem, czego się spodziewałem. Chyba myślałem, że mnie zignoruje, że zwyczajnie nie odpisze. W końcu ja traktowałem ją jak powietrze niemal cały czas, a ona za mną nie przepadała. Nie miała powodu, by zdawać mi sprawozdanie z tego, co u niej słychać. A jednak pomimo wszystkich negatywnych prognoz, serce waliło mi jak na wyścigach, gdy mój telefon oznajmiał nadejście nowej wiadomości.

Czekałem pół dnia, noc i prawie cały kolejny dzień. Kiedy odpowiedziała, o mało nie wyskoczyłem z łóżka i nie zacząłem tańczyć. Byłem szczęśliwy, niebotycznie, a wszystko tylko dlatego, że ta jedna dziewczyna chciała ze mną rozmawiać.

Konwersacja niespodziewanie się rozkręciła. Odłożyłem telefon dopiero w środku nocy, kiedy przestała odpisywać. Pewnie zasnęła. Ja nie mogłem. Odtwarzałem w głowie całą rozmowę, nie mogąc się nadziwić jak interesująca była. Tematów nie brakowało, a cały dialog przychodził nam tak lekko, jakbyśmy rozmawiali co najmniej setny raz. Miałem wrażenie, że ją znam i rozumiem, a w dodatku z wzajemnością. Owszem, byliśmy różni, ale w sposób który nasuwał idealne rozwiązanie, jak dwa elementy sąsiadujących puzzli. Pierwszy raz czułem coś podobnego. I nagle zdałem sobie sprawę, że ta dziewczyna pociąga mnie nie tylko fizycznie, że jej ponętne ciało to nie wszystko. Ja pragnąłem jej całej. Jej uwagi, szczęścia, dobrobytu. Chciałem jej czasu, rozmów i marzeń. Chciałem być jej przyjacielem, powiernikiem, obrońcą, opiekunem i kochaniem, choć na to ostatnie nie mogłem sobie pozwolić. Ale cała reszta? Czy dałbym radę być dla niej, z nią i jednocześnie patrzeć, jak żyje u boku innego? Mogłem spróbować. Mogłem. Pytanie, czy na pewno tego chciałem. W wtedy pierwszy raz dopuściłem do siebie myśl, że mógłbym ją zdobyć, całą dla siebie. Mógłbym zdradzić przyjaciela, odebrać mu dziewczynę za którą szaleje. Zyskać ją, ale stracić jego.

Tamtego dnia szybko porzuciłem ten pomysł, ale on wracał. Wracał za każdym razem, gdy pojawiała się Gosia. Im więcej czasu spędzaliśmy na czacie, im więcej zdjęć mi wysyłała, im częściej dzieliła się ze mną swoimi przemyśleniami i problemami, tym trudniej było mi wybrać Antka.

*

Minął miesiąc, był początek lutego. Miałam odwiedzić Antka i rozejrzeć się po Akademii Sztuk Pięknych. Ona była moim marzeniem, które niedługo miało się ziścić. Problem w tym, że Antek się rozchorował. Chciałam odwołać wyjazd, ale on nie miał zamiaru o tym słyszeć. Stwierdził, że jeśli on osobiście nie da rady mnie oprowadzić, poprosi o tę przysługę Filipa.

Jadąc do miasta moje serce tłukło w piersi niczym szalone. Z ekscytacji i niepokoju. Przez niemal miesiąc, dzień w dzień pisaliśmy ze sobą na czacie. Na początku byłam zaskoczona, że się odezwał. Przecież przez cały pobyt u Antka udawał, że nie istnieję. Wahałam się wtedy. Pokusa była silna, ale się bałam. Bałam się, że mogę naprawdę go polubić. W końcu ciekawość zwyciężyła. I tak zaczęła się nasza znajomość, która z każdym dniem wydawała się bliższa, chociaż w tym czasie ani razu się nie widzieliśmy. Doszło do tego, że Filip wiedział rzeczy, o których nikomu innemu nie śmiałam powiedzieć. Po prostu czułam, że u niego moje tajemnice będą bezpieczne, że się nimi zaopiekuje. Ale to było online. Teraz czekał mnie cały dzień w jego towarzystwie. Czy w realu też będzie mi tak bliski? Czy będzie mnie rozśmieszał i łagodził moje obawy? A może znowu będzie udawał, że nie istnieję?

Obiecał, że odbierze mnie z dworca. Mieliśmy od razu ruszyć na uczelnię, a później miał dla mnie jakąś niespodziankę. Powiedział, że mi się spodoba. Cóż, wierzyłam mu.

Czekał na mnie na peronie. Trzymał w rękach długą różę. Wyglądał na podekscytowanego, choć odrobinę niezdecydowanego. Powitanie było niezręczne. Ja po prostu się uśmiechnęłam, on wyglądał jakby sam nie wiedział, co zrobić. Wiercił się w miejscu. Ostatecznie odwzajemnił mój uśmiech i wręczył mi różę. Podziękowałam, choć to było za dużo jak na zwykłych znajomych. To od swojego chłopaka powinnam dostać kwiat, nie od jego przyjaciela.

Szliśmy obok siebie, ja z różą w dłoniach. Wyglądaliśmy jak raczkująca para. Nie czułabym się z tym tak źle, gdyby nie ciągle powracająca myśl o Antku. Nic wielkiego nie zrobiłam, a czułam się tak, jakbym go zdradzała. A ja przecież tylko zawiązałam nową przyjaźń. Cóż, o której mój chłopak nie miał zielonego pojęcia, bo ja nic mu nie powiedziałam i podejrzewam, że Filip postąpił podobnie. To była nasza słodka tajemnica, stworzona po to, by uniknąć zbędnych podejrzeń i komplikacji. Ale przecież nie robiliśmy nic złego, prawda? Tylko rozmawialiśmy na czacie. Tylko, że teraz… Teraz Filip był tak blisko, jeszcze przystojniejszy niż na moich szkicach. I patrzył na mnie. Tego dnia byłam boleśnie świadoma jego wzroku. Śledził każdy mój ruch. Zupełnie inaczej, niż miesiąc wcześniej. Teraz nie czułam się ignorowana, teraz byłam najważniejsza na świecie.

Poczucie niezręczności szybko zniknęło. Okazało się, że na żywo rozmawia nam się tak samo lekko jak przez Internet. Było zabawnie i miło. Po moim wnętrzu stopniowo rozlewało się przyjemne ciepło.

Uczelnia zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Z fascynacją przechadzałam się po korytarzach wybranego przeze mnie wydziału. Oczami wyobraźni widziałam siebie, jak biegnę pomiędzy innymi studentami, z wielką teczką na ramieniu. Przy okazji obejrzeliśmy wystawę zorganizowaną przez studentów, a późniejwyszliśmy na dziedziniec.

Filip pokazał mi okolicę. Jak dojść do przystanków, gdzie dobrze zjeść, a gdzie wyjść wieczorem. Nie wchodziliśmy do żadnego z tych miejsc. Wskazywał mi je z daleka, obiecując, że kiedyś zabierze mnie do każdego z nich. To była kusząca wizja. Więcej takich dni jak ten.

Na dzisiaj miał zupełnie inny plan. Zżerała mnie ciekawość i nawet przez chwilę nie próbowałam jej kryć. Czekałam, drążąc z niecierpliwości. Filip wydawał się rozbawiony. Zupełnie jakby moja reakcja go cieszyła. Poczucie, że z jakiegoś względu moje zachowanie sprawiało mu przyjemność, podziałało na mnie jak kocimiętka na mojego Mruczka. Czułam się kompletnie odurzona i nic, kompletnie nic ponad Filipa się nie liczyło. Gdzieś w głębi duszy wiedziałam, że wpadam coraz głębiej w otchłań, z której nie będę w stanie się uwolnić. Sęk w tym, że w tamtym momencie nie miałam ochoty się przed tym bronić. Poddawałam się temu uczuciu z uśmiechem na twarzy i dziecięcą fascynacją, zupełnie nie przejmując się konsekwencjami.

Gdy dotarliśmy na lodowisko, wszystko inne poszło w odstawkę. Nie było już Antka, żadnych problemów, zamartwiania się o wyniki matury, które mogłyby być niewystarczająco dobre, by chcieli mnie w ASP. To gdzieś zniknęło. Została tylko przeogromna płyta lodu, ja, Filip i łyżwy na naszych stopach. Pomknęłam do przodu, wiedziona podszeptem instynktu. Szybko okazało się, że Filip bez trudu potrafi dotrzymać mi tępa. Jeździł pewnie, niemal tak dobrze jak ja. Dlaczego poprzednim razem tego nie zauważyłam? Może była zbyt zajęta wynajdywaniem jego wad? Przecież wtedy to właśnie ich potrzebowałam, żeby się obronić przed tym nieznośnym przyciąganiem. Wystarczył miesiąc, a nawet znacznie mniej, by pozbawić mnie wszelkich złudzeń. Nie potrafiłam przestać myśleć o tym mężczyźnie. Oszalałam na jego punkcie i zupełnie nie wiedziałam, co z tym począć.

Przecież wcale tego nie chciałam. Antek to był dobry wybór. Gdyby mógł, nosiłby mnie na rękach. Był zawsze, gdy go potrzebowałam. Dlaczego nie potrafiłam myśleć o nim z taką namiętnością i zapałem, jak o Filipie?

W pewnym momencie Filip dotknął mojej dłoni. Ledwie ją musnął, a ja omal nie straciłam równowagi. Poczułam, że czerwienieją mi policzki. Nie byłam pewna, czy z zażenowania, czy z podniecenia. Zerknęłam na niego. Patrzył na mnie intensywnie. Jakby czekał. Dawał mi wybór.

Wyciągnęłam rękę w jego stronę. Ujął ją pewnie i nie puścił, aż nie zeszliśmy z lodowiska.

*

To był dzień jak z bajki. Pozwoliłem sobie wierzyć, że to może być prawda. Że Gosia jest dla mnie. Przecież oboje tworzymy niezwodny tandem. Rozumieliśmy się świetnie i byłem pewien, że odwzajemniała wszystkie moje uczucia. Mój pociąg do jej ciała i umysłu, chęć przebywania razem, potrzeba bliskości. To wszystko coraz silniej mnie ogarniało. Pragnąłem tego. Pragnąłem jej.

Kiedy zeszliśmy z lodowiska, puściłem jej dłoń. Nie miałem odwagi chwycić jej ponownie. Tam, na lodzie, zadziałała magia chwili, byliśmy tylko my. Teraz dopadła mnie rzeczywistość. Przyszedł czas na ostatni punkt dnia. Gosia szła odwiedzić Antka.

Zastanawiałem się, czy iść z nią. Mogłem odprowadzić ją pod akademik i zniknąć. Problem w tym, że było już ciemno, a ona później sama musiałaby wracać na stację. Przez moją głowę zaczęły przemykać czarne scenariusze. Nie mogłem pozwolić, by którykolwiek z nich ziścił się choć w części. Zagryzłem więc zęby i poszedłem z nią.

Usiadłem na łóżku jego współlokatora, ona przy swoim chłopaku. Antek był blady, zmęczony, ale jego oczy lśniły gdy na nią patrzył. Z zainteresowaniem słuchał jej opowieści o dzisiejszym dniu. Mówiła głównie o uczelni. Lodowisko przemilczała, z czego nawet się cieszyłem. Nie chciałem dzielić się tym z Antkiem. Tamto miejsce i czas miały zostać tylko dla nas. Choć tyle pragnąłem mieć.

Gosia wyciągnęła z torby słoik rosołu z makaronem. Zapytała, czy jest tu jakaś kuchnia, żeby podgrzać zupę. To było dla mnie niczym wybawienie. Zgłosiłem się na ochotnika i ulotniłem z pokoju. Nie mogłem patrzeć, jak gładzi go po dłoni, jak poprawia mu kołdrę, jak go tuli. W tamtym momencie go nienawidziłem. Tak bardzo chciałem być na jego miejscu.

Podgrzewając rosół, oczami wyobraźni widziałem ich złączone usta. Dłonie Antka na jej pośladkach, które raz po raz zaciskały się, delektując się ich jędrnością. To wszystko odtwarzało się w mojej głowie zupełnie nieproszone, powodując nieprzyjemne skurcze i ból, którego niczym nie potrafiłem ułagodzić.

Patrzyłem na parujący garnek. Miałem ochotę strącić go na ziemię, bo był oznaką, że Gosia myśli o Antku, że o niego dba, że jej zależy. Wstydziłem się swoich odczuć, nie chciałem ich. Nie chciałem nienawiści względem przyjaciela. Ale to uczucie było silniejsze. Rozlewało się po każdej komórce mojego ciała i stopniowo sączyło jad w moją krew. Było jak słodka, upajająca trucizna, od której stałem się zależny. To przez nią byłem gotowy wbić nóż w serce przyjaciela. Zabrać mu dziewczynę, na której naprawdę mu zależy. Podjąłem decyzję. Nieodwołalną. Wybrałem JĄ. I o nią zamierzałem zawalczyć. Teraz wszystko zależało od Gosi, od jej decyzji.

*

„Spotkaj się ze mną o 15:15 na dworcu.”

Od tego jednego zdania zakręciło mi się w głowie. Usiadłam, wielkimi oczami spoglądając na wyświetlacz telefonu. To znaczyło, że Filip przyjedzie.

Najpierw byłam zaskoczona, później pojawiła się radość. Trwała krótką chwilę, aż przypomniałam sobie, że trzy godziny później przyjeżdża Antek. Wraca do domu na weekend. Dzisiejszy wieczór mieliśmy spędzić wspólnie. W końcu były Walentynki. Miałam patrzeć mu w oczy, a myśleć o jego najlepszym przyjacielu. Miałam czuć się z tym paskudnie, ale robić dobrą minę do złej gry. A teraz facet, który wywrócił moje życie do góry nogami miał czelność pojawiać się właśnie tego dnia i jeszcze bardziej wszystko komplikować. Nie dość, że pisał do mnie codziennie, nie dość, że co rusz gościł w moich snach i marzeniach. To wszystko było mało. Czego ode mnie chciał? Czy tego samego, co ja? Jeśli tak, to co z Antkiem? Jak miałabym mu powiedzieć, że zakochałam się w innym? A może lepiej niczego nie zmieniać? Może lepiej zapomnieć o Filipie? Tylko czy potrafiłabym?

Siedziałam z telefonem w ręku i wspominałam nasze ostatnie spotkanie. Odprowadził mnie wtedy na stację. Staliśmy na peronie, patrząc na siebie z taką intensywnością, jakbyśmy oboje chcieli zapamiętać każdy szczegół. Podziękowałam mu za ten dzień. On powiedział, że to była przyjemność. A potem mnie przytulił. Mój świat nagle ograniczył się do jego ramion, ciepła i zapachu. Z chęcią przylgnęłam do niego, czując, jak cudowne ciepło rozlewa się po moim sercu. Tu było moje miejsce. W tych ramionach. A jednak musiałam je opuścić. Odsunęłam się niezdarnie. Spojrzałam na niego lekko nieprzytomnym wzrokiem. Przesunął dłonią po moim policzku. Miałam ochotę wtulić się w nią, zaznać choć jeszcze odrobinę czułości z jego strony. Ale on zabrał rękę, pocałował mnie w czoło i zrobił krok w tył. Stałam oszołomiona, zmagając się z chłodem, który ogarnął moje ciało i duszę. Zamrugałam kilka razy, wyszeptałam ostatnie „do zobaczenia” i weszłam do pociągu. Tam pozwoliłam sobie na łzy.

Przez kolejne dwa tygodnie pisaliśmy ze sobą tak, jakby tamten dzień się nie wydarzył. Jakby nie było spaceru po miasteczku studenckim, jakby nie było lodowiska i tej bliskości na dworcu. Na powrót byliśmy przyjaciółmi, a ja nie wiedziałam, co myśleć. Czy Filip czuł to, co ja do niego? Czy też ze sobą walczył? Możliwe. Przecież jemu również zależało na Antku. Czy byliśmy w stanie aż tak go skrzywdzić? A może coś sobie wymyśliłam? Może to nadzieja przejęła kontrolę nad moim postrzeganiem i wszystko sobie uroiłam? Czułam, że nadeszła pora stanąć twarzą w twarz z Filipem i poznać odpowiedzi na wszystkie moje pytania.

„Będę na ciebie czekać” – odpisałam i poczułam spokój. Zupełnie jakby moje serce już znało zakończenie tej historii.

*

Pięć lat później.

Czekał na nią na leśnym parkingu. Wybrał to miejsce, bo zapewniało jako taką prywatność i znajdowało się w połowie drogi pomiędzy ich domami.

Długo się zastanawiał, czy do niej zadzwonić. W końcu zdecydował. Można powiedzieć, że w ostatniej chwili.

Siedział w otwartym bagażniku, co jakiś czas zerkając na zegarek. Nie, nie spóźniała się. To on był niecierpliwy. Denerwował się.

Zerknął w niebo. Niebieskie, czyste, bez nawet jednej chmurki. Pomyślał, że wylosowali idealną pogodę. Było sucho i ciepło, ale niezbyt upalnie. Akurat.

Nadstawiał uszu przy każdym szumie samochodowego silnika. Tym razem auto zwolniło. Usłyszał, że jego koła zachrzęściły na utwardzonej ziemi. Później silnik zgasł. Spojrzał na przeciwną stronę parkingu, a jego serce zadrżało niespokojnie. Miał nadzieję, że to ona.

Drzwi kierowcy otworzyły się. Najpierw jedna noga, później druga. Miała na sobie dżinsy, adidasy i flanelową koszulę. Jej strój gryzł się z elegancko pofalowanymi włosami, zielonym wiankiem wplecionym we fryzurę i doskonałym makijażem. Mimo to wyglądała wprost bajecznie. Poczuł żal, że to nie dla niego te wszystkie starania, że to nie z nim stanie przed ołtarzem i nie jemu będzie przysięgać.

Stała przy swoim samochodzie niezdecydowana. Minę miała nietęgą, jakby się bała. Oczywiście, to spotkanie nie miało być komfortowe. Miało boleć jego, a u niej zmieszać uczucia. Ale tylko na chwilę. Gdy się rozejdą, ona wróci do niego, a on do swojego życia.

Sięgnął za siebie i wstał. Zmusił się do uśmiechu, choć tak naprawę miał ochotę zapłakać. Podszedł do niej z wielkim bukietem czerwonych róż.

- Pięknie wyglądasz – powiedział, a ona podziękowała. – Cieszę się, że zdecydowałaś się przyjechać – dodał.

Widział, że czuje się niekomfortowo rozmawiając z nim, w środku lasu, w dniu swojego ślubu. Źle to wyglądało, musiał przyznać jej rację. Ale chciał by coś wiedziała. Musiał jej to powiedzieć i zamknąć ten rozdział raz na dobre. Niech zacznie nowe życie z innym, bez zbędnych wyrzutów sumienia. Niech ma czystą duszę, niech będzie szczęśliwa.

- To dla ciebie. – Wręczył jej kwiaty.

Trochę się broniła, by je przyjąć, ale nalegał. W końcu ujął jej dłonie i spojrzał jej prosto w oczy, które kiedyś kochał ponad wszystko.

- Margo, nie mam do ciebie żalu, że wybrałaś jego. Widać tak miało być. Mam nadzieję, że będziesz z nim szczęśliwa. Tego ci życzę. Szczęścia i miłości. A gdybyś kiedyś czegoś potrzebowała…

Pokręciła głową. W jej oczach błyszczała wilgoć. Wyszarpała dłonie z jego uścisku, ale nie uciekła. Wręcz przeciwnie, objęła go mocno.

- Dziękuję – szepnęła tuż przy jego uchu.

Odwzajemnił uścisk, wtulił twarz w jej włosy. To był ostatni raz. Ostatni, gdy trzymał ją w ramionach. Ta świadomość bolała, ale nic nie mógł zmienić.

Czuł, że drży w jego objęciach. Odsunął ją od siebie.

- Margo, nie płacz – powiedział i uśmiechnął się. – Jeszcze rozmażesz sobie makijaż.

Otarła policzki i zaśmiała się cicho.

- Masz rację. Będę rozryczaną panną młodą.

- Będziesz piękną panną młodą – uznał z nostalgią.

Trwali przez chwilę w niezręcznej ciszy. Ostatni raz spojrzał na skarb, który został mu skradziony.

- Jeszcze raz szczęścia. Niech ten dupek o ciebie dba. Możesz mu powiedzieć, że jeśli kiedykolwiek cię skrzywdzi, będzie miał ze mną do czynienia. – Zaśmiał się, choć wyszło mu to odrobinę sztucznie. – A teraz wracaj do niego.

Objął ją za ramiona i musnął ustami policzek. Już się odsuwał, kiedy złapała go za rękę.

- Antek… Ja też życzę ci wszystkiego co najlepsze. Na to zasługujesz. Jesteś niezwykły i naprawdę przykro mi, że nie mogłam ci dać tego, czego oczekiwałeś.

Skinął głową.

Trzy godziny później, w małej miejscowości nieopodal, rozbrzmiały weselne dzwony.

 

KONIEC.

Komentarze

Popularne posty