Przygoda życia, czyli rejs MSC ze Złotym Wiekiem

Już dawno nie opowiadałam Wam o swoich wakacjach. Jakoś tak zabrakło mi czasu. Jednak ostatnio znalazłam się na wyjątkowym wyjeździe, o którym szkoda byłoby milczeć, bo tak cudnie było. 😁


Oto podsumowanie rejsu Ibiza Sycylia, który odbyłam w maju 2026 roku z firmą Złoty Wiek w Poraju.  Towarzystwo turystyczne oferuje wyjazdy dla osób po pięćdziesiątym roku życia, a ja jako nieco młodsza miałam farta uczestniczyć jako osoba towarzysząca. I wiecie co? Bardzo się cieszę, że taka okazja mi się przydarzyła, bo naprawdę warto było tego doświadczyć. Sami zobaczcie. 👇😊


Dzień 1

Wsiadamy do autokaru. Lekko niepewni, ale podekscytowani przygodą przed nami. Część z nas jeszcze nie wie, jak wygląda podobny wyjazd i jak to jest mieszkać na statku. Wszyscy widzieliśmy zdjęcia, słyszeliśmy opowieści znajomych, a jednak to nadal niespodzianka.

Składamy walizki w luku bagażowym, poznajemy pilota i zajmujemy miejsca w autokarze. Rozglądamy się dookoła. Pozostali koloniści również są w dobrych humorach. Uśmiechamy się do siebie ze swoich miejsc. Bliżej poznajemy się w trakcie podróży i na postojach.


Statek MSC Seaside - port Genua

Dzień 2

Można by sądzić, że po nocy spędzonej w autokarze będziemy zmęczeni. Może troszkę, ale to uczucie natychmiast przyćmiewa widok tego, co na nas czeka. Przed nami luksusowy hotel na wodzie armatora MSC. Statek Seaside jest gotowy pomieścić pięć tysięcy pasażerów – sam ten fakt, jak i jego ogrom, robi na nas niesamowite wrażenie. Nie możemy się doczekać, aż postawimy nogi na pokładzie.

Zanim to jednak nastąpi, czas na zaokrętowanie. O dziwo, jak na tak wielką ilość czekających osób, cała procedura przebiega bardzo sprawnie.

Na Seaside wita nas uśmiechnięta załoga. Początkowo jesteśmy odrobinę przytłoczeni ogromem przestrzeni. Szczególne wrażenie robi luksusowy wystrój, w którym dominują lustra i chrom. Z czasem okazuje się, że poruszanie się po pokładach i korytarzach wcale nie jest takie skomplikowane, jak wydawało nam się na początku. 

W pierwszej kolejności każdy z nas rusza na poszukiwanie własnej kabiny. Tam czekają na nas karty pokładowe, które stają się naszym oczkiem w głowie. Bez nich nie otworzymy drzwi, nie kupimy niczego na statku, nie zejdziemy z niego, ani na niego nie wrócimy. Od tej chwili to najcenniejsza rzecz, jaką przy sobie mamy.

W środku zostawiamy bagaż podręczny. Mieliśmy go cały czas pod ręką, razem z najcenniejszymi rzeczami. Walizki przekazaliśmy załodze przed zaokrętowaniem, więc dotrą do nas nieco później.

Pora na nabranie sił po podróży. Ruszamy do bufetu. Jest ogromny, a samo jego przejście zajmuje nam kilka dobrych minut. Od różnorodności dań kręci nam się w głowie. W menu dominuje pyszna kuchnia śródziemnomorska, ale nie brak też innych propozycji. Boimy się, że zabraknie nam rejsu na degustację wszystkich tych smakowitości!

Po posiłku wracamy do kabiny. Pod drzwiami czekają już nasze bagaże. Pora w pełni się zadomowić. Nie jest to specjalnie trudne, bo w środku znajduje się wszystko, czego potrzebujemy: wygodne łóżko, szafa, stolik z taboretem, wielkie lustro, łazienka z prysznicem, kosmetykami i suszarką oraz balkon.

Po rozpakowaniu i krótkim odpoczynku idziemy na spotkanie naszej grupy. Rozmawiamy z pilotem w zacisznym miejscu. Omawiamy plan na wieczór i kolejny dzień.

Już pierwszego dnia na statku postanawiamy obejrzeć przedstawienie w teatrze, gdzie słuchamy muzyki zapierającej dech w piersiach. Po pożywce dla duszy ruszamy posilić ciało. Zamiast bufetu wybieramy się do restauracji na wykwintną kolację. Od dziś do końca rejsu czeka tam na nas miejsce przy stoliku.

Choć odzywa się w nas zmęczenie po podróży, na koniec zaglądamy do atrium. To serce statku, które łączy cztery pokłady. Pośrodku znajduje się scena, wokół działa kilka barów i jest mnóstwo miejsca do tańca. Dzień kończymy w takt nieśmiertelnych piosenek ABBY.

Atrium - "serce statku" - łączy 4 poziomy
Wnętrze kabiny

Dzień 3

Rankiem wita nas szum morza. Jeszcze w szlafrokach wychodzimy na balkon. Na horyzoncie widać już ląd – właśnie dopływamy do Civitavecchia.

Jemy obfite śniadanie, pakujemy plecaki (woda, dokumenty, pieniądze), a potem razem z grupą wyruszamy na podbój miasta!

Civitavecchia jest głównym portem dla Rzymu. Od stolicy Włoch dzieli nas około 70 kilometrów, ale tego dnia nie decydujemy się na dalekie wyprawy. Zostajemy na miejscu i podziwiamy miasto portowe na kilka sposobów. Najpierw ruszamy na wycieczkę objazdową autokarem z komentarzem w języku polskim. Podziwiamy zabytki, słuchamy o historii i ciekawostkach. Później wybieramy się na spacer po spokojnych uliczkach, które idealnie oddają włoski klimat. Po drodze wpadamy do kilku sklepików z pamiątkami oraz na kieliszek chłodnego wina w zacisznej kafejce. Na statek wracamy syci od wrażeń i cudnych widoków.

Na Seaside czeka nas kolejny intensywny wieczór. Lokalizujemy basen i kasyno. Później ponownie wybieramy się do teatru, na kolację i na zabawę taneczną. Tym razem królują przeboje lat 60 i 70. Przy nich nie sposób stać w miejscu!


Przy murach miasta Civitavecchia

Zwiedzanie Civitavecchia autobusem z komentarzem w języku polskim


Dzień 4

Przybijamy do Sycylii. Palermo wita nas słońcem i gwarnym, południowym klimatem. W porcie i na uliczkach tłoczno. Choć na wyspie nie ma już dawnej mafii, kieszonkowcy wciąż są aktywni, więc pilnujemy swoich rzeczy.

Po wąskich uliczkach Palermo oprowadza nas przewodniczka o polskich korzeniach. Dzięki zestawom słuchawkowym słyszymy ją idealnie nawet w miejskim zgiełku. Opowiada nam o historii miasta, ale też relacjonuje, jak wygląda codzienne życie na Sycylii obecnie. Dba o to, byśmy mieli wystarczająco dużo czasu na zrobienie pamiątkowych fotografii na tle najważniejszych zabytków. Pokazuje nam również stare, klimatyczne targowisko, gdzie kupujemy kilka pamiątek. Znajdujemy też czas wolny na samodzielne błądzenie po włoskich uliczkach.

Tego dnia z rufy statku obserwujemy spektakularny zachód słońca nad oddalającą się w tle Sycylią. Wieczorem decydujemy się na występy muzyczne na żywo oraz karaoke. Zabawa jest przednia, a mimo to z niecierpliwością wyglądamy kolejnego dnia.






Dzień 5

Dziś nie dobijamy do żadnego portu. Calutki dzień spędzamy na morzu. Na statku dostępnych jest tyle atrakcji, że ciężko nam zdecydować, od czego zacząć. Możemy iść na siłownię, skorzystać z lekcji tańca, zrobić zakupy w sklepach bezcłowych, posłuchać muzyki, napić się pysznej kawy na promenadzie lub po prostu znaleźć wolny leżak przy basenie i beztrosko ładować akumulatory witaminą D. Postanawiamy spróbować wszystkiego po trochu.

Dzień tradycyjnie kończymy oglądając show w teatrze, jedząc wykwintną kolację i bawiąc się na szalonej White Party, gdzie wszyscy obecni ubrani są na biało i tańczą do świetnej muzyki DJ-a.





Dzień 6

Tego dnia cumujemy na Ibizie. Wiedzieliśmy, że Hiszpania będzie piękna, ale Ibiza wprost nas zachwyciła. Wyspa ma niepowtarzalny klimat i wbrew pozorom nie tylko szalonymi imprezami może zachwycić. My wchodzimy na punkt widokowy na murach Dalt Vila. Z tego miejsca podziwiamy piękną panoramę miasta i portu. Później błądzimy między wąskimi uliczkami tętniącymi śródziemnomorskim życiem. W sercu starego miasta mijamy urokliwe kawiarnie i butiki. Choć słynne plaże kuszą, decydujemy się na popołudnie w cieniu parasoli jednej z lokalnych kafejek.

Po powrocie na Seaside czeka nas wieczór w stylu tropikalnym. Z chęcią dołączamy się do wspólnej zabawy na pokładzie.




Dzień 7

Przyszła pora na zwiedzanie Barcelony. Miasto jest ogromne, dlatego wybieramy jedną z najwygodniejszych opcji zwiedzania go. Przewodniczka odbiera nas autokarem bezpośrednio z portu. Nie myślcie sobie, że siedzimy w nim cały czas. O nie! Co prawda część miasta oglądamy z okien pojazdu, ale do najważniejszych punktów zostajemy po prostu podwożeni.

Co udaje nam się zobaczyć? Przede wszystkim niesamowitą panoramę Barcelony spod Pałacu Narodowego na wzgórzu Montjuic. Widoki są nieziemskie! Następnie odwiedzamy oficjalny sklep klubu FC Barcelona. (Stadion akurat znajduje się w remoncie, więc oglądamy go tylko z zewnątrz.) Kolejnym punktem do zwiedzenia jest genialna Sagrada Familia. Bazylika to dzieło słynnego katalańskiego architekta Antoniego Gaudiego, która od 1882 roku nieprzerwanie pozostaje w budowie. Ostatnim przystankiem okazuje się tętniąca życiem aleja La Rambla, a tuż obok niej ponad 50-metrowy pomnik Kolumba, port i promenada. Oj, jest co robić, tym bardziej że w tym miejscu dostajemy sporo czasu wolnego.

Wieczór na statku upływa nam na integracji z członkami grupy. Ostatecznie im nas więcej, tym weselej, prawda? Zwłaszcza, że koniec naszej przygody zbliża się wielkimi krokami. Do odwiedzenia został nam już tylko jeden port. Beztroska i poczucie wolności zaczynają powolutku gasnąć, przysłonięte widmem rychłego powrotu do domu.

Na wzgórzu Montjuic.


Sagrada Familia
Rzut okiem na Kolumba

Dzień 8

Rankiem witamy francuskie wybrzeże. Marsylia okazuje się urokliwym miejscem, pełnym piękna i uroku.

Turystyczną, kołową ciuchcią przejeżdżamy przez miasto do bazyliki Notre Dame de la Garde. Stamtąd rozciągają się widoki, które zapierają nam dech w piersi. Zwiedzamy też zachwycające wnętrze świątyni.

Resztę czasu spędzamy w Starym Porcie. Pęka on w szwach od przytulnych kafejek, ale to widok zacumowanych przy brzegu żaglówek sprawia nam najwięcej przyjemności. Okolica, wbrew portowemu charakterowi, pachnie słodko. To zasługa licznych sklepików z tradycyjnymi mydełkami, najczęściej pachnącymi lawendą, jak na Prowansję przystało.

Opakowani w owe mydełka wracamy na statek. Tym razem wieczór ma słodko-gorzki smak. Nadal korzystamy z wszelkich rozrywek, ale gdzieś z tyłu głowy krąży już myśl o pakowaniu bagaży, rozliczaniu rachunku na statku i rychłym wyruszeniu w drogę powrotną.



Notre Dame de la Garde

Dzień 9

Rankiem jemy porządne śniadanie, pakujemy ostatnie drobiazgi do bagażu podręcznego (walizki odjechały spod naszych drzwi już późnym wieczorem) i z ciężkim sercem opuszczamy kabinę.

Brak mi słów, by opisać ten specyficzny smutek, gdy schodzi się ze statku, wiedząc, że prędko się na niego nie wróci. Dla nas wszystkich była to niesamowita, wielka przygoda.

Seaside, choć początkowo tak bardzo nas onieśmielał, został przez nas w pełni oswojony, poznany i z pewnością zapamiętamy go na bardzo długo.

Ostatnie spojrzenie na tę wspaniałą, białą konstrukcję i wsiadamy do autokaru. Ruszamy w stronę Polski.


Dzień 10

Nad ranem jesteśmy już w domu. Stęsknieni członkowie rodziny zostają natychmiast wyprzytulani i wycałowani. Przekraczamy próg własnego mieszkania i oddychamy pełną piersią. Wróciliśmy. Po tym magicznym rejsie zostały nam przepiękne wspomnienia, gigantyczna liczba zdjęć oraz nowe, wspaniałe znajomości. I wiecie co? Nie oddałabym tego wyjazdu za żadne skarby świata!


PS Jeśli macie ukończone 50 lat i chcecie wziąć udział w podobnym wyjeździe, zajrzyjcie na www.zloty-wiek.pl albo zadzwońcie 34 314 44 44. Znajdziecie tam wycieczki po Polsce i zagranicy, wyjazdy wypoczynkowe, a nawet sanatoryjne. Oferta jest tak szeroka, że każdy znajdzie coś dla siebie. Śmiało, przekonajcie się sami!

A może już mieliście przyjemność wyjechać ze Złotym Wiekiem? Piszcie w komentarzach!




Komentarze

Popularne posty